brattvaag

brattvaag

KIM JEST RENIFEROWA?

Mieszkam na wyspie. Bywa, że woda leje się z nieba, deszcz pada poziomo, a wiatr chce urwać głowę. Ale gdy wyjdzie słońce, woda w fiordzie zaczyna mienić się kolorami, czas staje w miejscu. Tu w pełni czuję, że JESTEM. W Norwegii bywałam wcześniej jako turystka, od jesieni 2011 tu jest mój dom.

Na blogu piszę o godnych odwiedzenia zakątkach Norwegii - także tych mniej znanych. Blog to także skrawki naszego emigracyjnego życia. To zapiski przede wszystkim dla naszych dzieci. Ale nie tylko.

Zapraszam!

Reniferowa

czwartek, 23 czerwca 2011

(18) Leinehornet - wspomnienie lata 2007

Po doświadczeniach „lajtowej górki” nic nie było nam straszne, więc propozycja Renifera, aby wybrać się na Leinehornet, została przyjęta bez dyskusji. Nieświadomym tego, czym była lajtowa górka, powiem tylko, że miał to być nasz pierwszy „nieco dłuższy spacer po okolicznych wzgórzach”, który okazał się dla mnie całodzienną katorgą - moje nowe buty trekkingowe uświadomiły mi brutalnie, ile kostek, kosteczek i różnych wystających elementów znajduje się w moich stopach. Zdjąć ich, niestety, z wiadomych powodów, nie mogłam. Zatem buty przeszły chrzest, trwają przy mnie już kilka lat. A od tej pory określenie lajtowa górka to dla nas synonim czegoś, co dla jednej osoby może być blahostką, a dla innej wysiłkiem nie do opisania.

Leinehornet to najwyższy punkt (363 metrów nad poziomem morza)leżącej w gminie Herøy wyspy Leinøya . Znajduje się ona na wschód od Fosnavåg, a z innymi wyspami łączy ją sieć mostów.

Zatem obieramy za cel Leienhornet. Startujemy z domu po wczesnym śniadaniu, zaopatrzeni w prowiant na cały dzień. Pamiętamy też o odpowiednich strojach. Od rana do wieczora zmieniają się one tak , jakbyśmy przeżyli w ciągu tego dnia wszystkie pory roku – od zimowej wersji kurtki z polarem i czapką na głowie począwszy, na podwiniętych nogawkach spodni i mokrych od potu t-shirtach skończywszy.

W czasie wędrówki najczęściej ląduję na ogonie (takim bardzo dluuuugim ogonie szanownej wycieczki), dzielący nas dystans wynosi czasem 200-300 metrów, ale przy takich przestrzeniach nie odczuwa się tego, ważne, że jesteśmy stale w zasięgu wzroku.

Rzadkim widokiem jest Reniferowa na czele pochodu, ale i to się czasem zdarza.

I oczywiście niezliczoną ilość razy Reniferowa Rodzinka siada w komplecie na skale lub trawie i odpoczywa.


Bywają chwile, że któreś z nas kładzie się plackiem na skale, tu robi to właśnie Reniferowa Córka.




Jest przy tym dużo śmiechu, a czasami z wrażenia zatyka nas, bo miejsca, które mijamy mają w sobie magię nie do opisania. Ja jako naczelna rodzinna beksa (taka „wzruszeniowa beksa”) nieraz czuję, jak oczy pocą mi się niczym małej Nel, bohaterce "W pustyni i w puszczy". Czegoś takiego doświadczałam w czasach licealnych, gdy zaczarowały mnie Bieszczady. Gdy tak wędrujemy, nikt z nas nie mówi „ale tu pięknie”, bo to byłoby zbyt trywialne i jakieś nie na miejscu, żeby tak mówić O-CZYMŚ-TAKIM.
Co jakiś czas Reniferowy Syn doprowadza mnie do eksplozji śmiechu. Gdy mam chwile kryzysu i postanawiam, że dalej-to-ja-na-pewno-nie-pójdę (parę ich było w ciągu tego długiego dnia), on przystraja sobie kapelusz jakimś zielskiem – kwiatami, wrzosem i wykonuje wariacki taniec, którego nie powstydziłaby się montypythonowa ekipa. Udziela nam się to szaleństwo. A ja dołączam z piosenką (wybacz, reniferowa Rodzinko, ze zdradzam jaką) – "O-szere-ha-ho-hi...". Kto mnie widział w akcji, wie, o czym mówię, a kto nie widział (a raczej nie słyszał) niech nie żałuje;)


W niektórych miejscach błoto jest nieprzewidywalne. Zdaje się być niewielką kałużą, a jak w nie wdepniesz, to tylko wyć! I na nic tu już moje kije!




Po drodze mijamy liczne mniejsze i większe jeziorka. Znajdujemy czas na chwilę „zapatrzenia”, ale czeka nas jeszcze długa droga. W sumie można powiedzieć , że na trasie widok goni widok i gdyby chcieć zostać na dłuższą chwilę wszędzie, gdzie tchu brakuje z zachwytu, trzeba byłoby poświęcić na to kilka dni.







Podejścia są miejscami bardzo strome. Moje kije idą wtedy w odstawkę i trzeba decydować się na wspinaczkę na czworakach. I logiczne jest, że im częściej droga prowadzi w dół, tym częściej następuje po niej zabójcza stromizna.




Uzbrojeni w trzy aparaty (plus taszczony na plecach Reniferowego Syna statyw) możemy być pewni, że dokumentacja wyprawy będzie bez zarzutu.

Po drodze zatrzymujemy się przy kilku verdach i uwieczniamy fakt dotarcia tam w notesach.

Zatrzymujemy się na dłużej, to pora na konkretniejszy posiłek. Reniferowi Mężczyźni dają się namówić na „weiderowe szaleństwo” i dziarsko szuflują nogami w powietrzu.

Gdy mijamy tabliczkę z napisem Leinehornet, czujemy, że cel wędrówki zaczyna się stawać bardziej namacalny.


Docieramy na szczyt!
Na Leinehornet spędzamy około godziny. Jesteśmy tak zmęczni, że po położeniu się wprost na otaczającej leinehornową verdę skale czujemy dosłownie każdy mięsień. Po odpoczynku wędrujemy wokół verdy i cieszymy oczy widokiem. Robimy niezliczone ilości zdjęć. Reniferowy Syn nareszcie na dłużej może zatrzymać się ze swoim statywem. Na twarzach czujemy wiatr, którego nie da się porównać z żadnym innym wiatrem. To wiatr naznaczony naszą obecnością, naszym zamęczeniem, zachwytem i przede wszystkim - naszym byciem razem!

Siedząc przy verdzie, miny mamy przednie- pomieszane zmęczenie i zadowolenie.


Reniferiwe Dziecię pozwala sobie znów na wypoczynek w pozycji leżacej tuż przy samej verdzie pod czujnym okiem Renifera.










Zanim zaczniemy schodzić z Leinehornet, pozwalamy sobie na małżeński reniferowy popas;)


Wydawałoby się, że schodzenie w dół to pryszcz w porównaniu z wdrapywaniem się na szczyt. Nic bardziej błędnego! Niejedno niecenzuralne słowo pada z moich ust, gdy skaliste, strome zejście wymaga podpierania się, zsuwania na pupie lub skakania, bo nogi nagle okazują się zbyt krótkie, by sięgnąć do położonej niżej skały. Tu na szczęście czuwa nad wszystkim Renifer, któremu pomaganie mi nie przeszkadza w uwiecznianiu takich niezwykłych póz na fotkach.







Docieramy na dół, zmęczeni pakujemy się do samochodu. W domu jesteśmy około 22.00.
To był dzień!

A na koniec kilka zdjęć Renifera (wyraz jego twarzy nie wymaga komentarza) i fotki, na których udało się uchwycić Reniferowe Dzieci razem.







W menu po prawej stronie pojawiły się linki do norweskich piosenek. Może przydadzą się tym, którzy uczą się tego języka. Miłego słuchania!

Odrobina norweskiego na co dzień
Po norwesku: Gi meg fri!
Po polsku: Uwolnij mnie!




Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz