brattvaag

brattvaag

KIM JEST RENIFEROWA?

Mieszkam na wyspie. Bywa, że woda leje się z nieba, deszcz pada poziomo, a wiatr chce urwać głowę. Ale gdy wyjdzie słońce, woda w fiordzie zaczyna mienić się kolorami, czas staje w miejscu. Tu w pełni czuję, że JESTEM. W Norwegii bywałam wcześniej jako turystka, od jesieni 2011 tu jest mój dom.

Na blogu piszę o godnych odwiedzenia zakątkach Norwegii - także tych mniej znanych. Blog to także skrawki naszego emigracyjnego życia. To zapiski przede wszystkim dla naszych dzieci. Ale nie tylko.

Zapraszam!

Reniferowa

poniedziałek, 6 grudnia 2010

(4) II ETAP: Bergen - Stavanger lato 2010

Port
Bergen postanowiliśmy zdobyć z zaskoczenia, bez czekania aż miasto otworzy oczu ze snu. Już przed ósmą rano wędrowaliśmy wzdłuż portu. Renifer oczywiście nie spuszcza wzroku z zacumowanych statków. Dłuższą chwilę przystajemy przy znanym nam z Fosnavåg statku Bourbon Surf. To jeden z licznych tu tak zwanych statków offshore, które służą do obsługi platform wiertniczych.
Naszą uwagę zwraca tez statek o wdzięcznej nazwie MARISKA.

Wieża Rozenkranz

Kierując się ku centrum, trafiamy do zamku Bergenhus. Takie miejsca mnie przytłaczają. Zaraz wyobrażam sobie Håkona Håkonssona, norweskiego króla , dla którego te grube mury i wychłodzone, wilgotne, niedoświetlone wnętrza były codziennością. Håkon to ważna dla Norwegów postać. Udało mu się zdecydowanie umocnić pozycję Norwegii w świecie , a nawet zjednać sobie przychylność papieża. Żył w XIII wieku, a królem był ponad czterdzieści lat.Z wieży (zbudowana została w XVI wieku) można podziwiać panoramę miasta.



Bryggen
Teraz ruszamy w kierunku najpiękniejszej, moim zdaniem, części Bergen - Bryggen. Kiedyś w tym miejscu spotykali się, prowadzili interesy i pomieszkiwali (czytaj: w delegację się wybierali) kupcy z HANSY. To licznie zgromadzone na sporej przestrzeni drewniane domy o pomalowanych na różne kolory fasadach. Składają się z one najczęściej z trzech poziomów. W niemal każdym z nich wygospodarowano duże przestrzenie magazynowe. Budynki są przyklejone jeden do drugiego, niektóre węższe niż szerokość moich rozpostartych rąk. A dzielące je uliczki także wąziutkie.

Renifer zadziera głowę, podziwiając Bryggen
Na kolejne poziomy prowadzą krużganki, a niektóre z domów połączone są mostkami na poziomie pierwszego i drugiego piętra. Niektóre domy są puste, w innych, najczęściej na dolnym poziomie, rozlokowali się kupcy wszelkiej maści. Można tu nabyć prawdziwe cudeńka, na przykład świece o niepowtarzalnych wzorach (tak, każda inna!), wyroby hafciarek, gliniane naczynia. 





Docieramy teraz do budynku , w którym odkrywamy dziwną wystawę. Przywodzi mi ona mi na myśl czasy dzieciństwa. Pamiętam, że jako mała dziewczynka budowałam z kartonów mieszkanka dla lalek. Godzinami potrafiłam walczyć z twardą materią, by w końcu do domu moich lalkowych córek dotarło światło (czytaj: rżnęłam karton nożem w celu wydłubania okna). Potem oklejałam ściany i urządzałam wnętrze. I wyobraźcie sobie, że teraz mój lalkowy dom stanął przede mną jak żywy. 

Otóż zgromadzono tu pod jednym dachem sporo miniaturowych domków. Naszym oczom ukazały się różne wnętrza, na przykład: warsztat rzemieślniczy, karczma z niezliczoną ilością maciupeńkich buteleczek ustawionych za barem, alkowa młodej damy, sklep rzeźnicki z masarzem dzierżącym w dłoni pęta kiełbasy i wiele, wiele innych. Cóż, Renifer nie podzielał mojego zachwytu, ale nie odpuściłam, musiałam przecież uwiecznić to wszystko na fotkach. W końcu wychodzimy. Słyszę niezbyt głośne: "Uff..." Słyszę? A może tylko mi się zdaje... 


Sklep z rękodziełem
Chwilę wędrujemy po minigalerii z pięknymi akwarelami współczesnych twórców norweskich. I już wiem, że przy następnej wizycie w Bergen wypatrzę tam i kupię jakieś cudo. Oczywiście znajdziecie tu też kilka sklepów z bardziej komercyjnymi i mniej wyszukanymi pamiątkami, w których każdy znajdzie coś dla siebie, od kubków, koszulek z wizytówką miasta począwszy, a na pięknych, tradycyjnych norweskich swetrach, kurtkach i obuwiu skończywszy. 
 
Reniferowa przed zakupem kolejnego T-shirta;)
Jako bardzo praktyczna turystka kupuję niemal w każdym zwiedzanym przez nas miejscu koszulkę z jakimś charakterystycznym nadrukiem. Mam ich już sporą kolekcję. Tu oczywiście tradycji stało się zadość. Wybraliśmy T-shirt z napisem Bergen i szkicem wąziutkich budyneczków Bryggen. Drugi zaś zdobią słowa : LOST IN NORWAY. Na szczęście jeszcze nigdy w Norwegii się nie zgubiłam, ale można powiedzieć (i to bezapelacyjnie!), że się w niej zatraciłam. I chcę się nadal zatracać...





Wokół tej fontanny "leżakują" mieszkańcy Berge
Z wąskich uliczek wychodzimy na otwartą przestrzeń i spacerem docieramy do rekreacyjnej części miasta, gdzie odpoczywamy przez dłuższą chwilę, chłodząc się przy fontannie. Z zainteresowaniem obserwuję ludzi wylegujących się na trawniku. Niektórzy mają niewielkie pledy, inni leżą wprost na trawie. To prawdziwy norweski fenomen! Oni nawet w dużych miastach tak polegują sobie na tych zielonych dywanach przyrody. I to dosłownie wszędzie! W Oslo widzieliśmy odpoczywających w ten sposób tuż przed gmachem parlamentu! Niektórzy czytają, inni mają na uszach słuchawki, pewnie słuchają muzyki lub (jak ja) uczą się słówek. A część z nich po prostu leży, gapi się w niebo i ma cały świat w nosie. Ja też tak chcę!!!
Wyobrażam sobie, jakie miny mieliby przechodnie, gdybym  w Polsce pewnego dnia zakotwiczyła z kocykiem przed jakimś urzędem. A co gdybym miała na sobie tylko strój plażowy? A w Norwegii to nikogo nie dziwi. A w zasadzie dziwi, ale tylko takich przybyszów (z innej chyba galaktyki) jak ja.


Edward Grieg

Tu nawet Grieg (Edward Grieg) nie robi min, gdy ptak, będąc w pilnej fizjologicznej potrzebie, uwalnia się z tego "balastu" wprost na jego głowę. Nawiasem mówiąc , uwielbiam muzykę Griega skomponowaną do "Per Gynta" Ibsena. Ci dwaj artyści to dla mnie prawdziwi geniusze. Gdy Ibsen prosił Griega o napisanie muzyki do swojego dramatu, nie przypuszczał chyba, ze po latach ta właśnie muzyka będzie bardziej popularna od jego dzieła. Teraz, gdy słyszysz "Per Gynt", myślisz raczej o genialnych dźwiękach Griega, a nie o zapomnianym trochę dramacie (dla wyjaśnienia: oba dzieła noszą ten sam tytuł).
Posłuchaj: Grieg "Peer Gynt", "Poranek"
(warto nie tylko słuchać, ale też obejrzeć klip) 
Źródło: http://www.youtube.com/
        
 
Fisketorget
Mówiąc o Bergen, nie można pominąć miejsca, które dla wielbicieli owoców morza jest prawdziwym rajem. Fisketorget czyli Targ Rybny – jeszcze go nie widzisz, a już czujesz! A jakie to zapachy! Kraby, krewetki, homary, ośmiornice i różnych gatunków ryby leżą ułożone w fantazyjne wzory. Możesz kupić wielką bagietkę wyładowaną po brzegi tymi cudami. Moją uwagę zwracają miseczki z sałatkami, na które składają się głównie te drobne morskie skarby skomponowane w różne zestawy.
Fisketorget
Wybór jest ogromny! Jeśli nie przepadasz za owocami morza (niestety, czasem długo uczymy się nowych smaków, wiem to z własnego doświadczenia), to znajdziesz tu też dania mniej fantazyjne, na przykład zestaw: frytki, rybka, surówka. Ostatnio sympatia Reniferowego Syna nauczyła mnie robić sos do spaghetti. A jego głównym składnikiem były krewetki. Zatem przy następnej wizycie w Bergen nie omieszkam opróżnić takiej barwnej, pachnącej morzem miseczki! 
Fisketorget

Wyjeżdżaliśmy z Bergen naładowani pozytywną energią. A to przecież dopiero początek wędrowania! 
Bryggen
Bryggen wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO


W kolejnym wpisie relacja ze Stavanger.
Odrobina norweskiego na co dzień po norwesku: Snille piker kommer til himmelen, slemme piker kommer hvor hen de vil. po polsku:   Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne dokądkolwiek zechcą;) (tłumaczyła Reniferowa)  
Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

niedziela, 5 grudnia 2010

(3) I ETAP: Brattvåg – Bergen lato 2010

Dokładne opisywanie trasy nie ma, moim zdaniem, sensu. Przecież nie chcę nikogo zanudzić! Pojawią się tu raczej wyrywkowe relacje z podróży. Pokażę Wam moje ukochane miejsca. Opowieść okraszą z pewnością różne dygresje. Ta skłonność do dygresji to moja słabość, ale taki już mój urok. Poza tym takie „gawędziarstwo” jest podobno nieuleczalne, więc nie będę się porywać z motyką na słońce (czytaj: próbować się zmienić). No to zaczynamy!

Po odnotowaniu stanu licznika na starcie wyruszyliśmy. Słońce grzało, a z radia NRK rozbrzmiewały norweskie letnie przeboje (o nich może kiedy indziej, bo to mój prawdziwy konik).
Podczas podróży wielokrotnie korzystaliśmy z powszechnego dla mieszkańców zachodniej Norwegii środka transportu – promu. Na cenę biletu za prom składają się dwie pozycje: 1. cena biletu za auto i kierowcę, 2. cena za pozostałych pasażerów. Zatem Renifer, gdy jedzie ze mną, prosząc o bilet, mówi „bill og en” co dosłownie znaczy „auto i jeden” (w domyśle : jeden pasażer). Wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy płynęliśmy promem pierwszy raz, a było to dosyć dawno. Przez moment pomyślałam: „Co ten Renifer wygaduje, przecież człowiek sprzedający bilety wyraźnie widzi, że jest nas dwoje, więc za DWIE osoby powinniśmy zapłacić.” Z drugiej strony, wiem że mój Renifer jest najuczciwszym z reniferów i nie posunąłby się do takiego oszustwa. Po chwili wszystko się wyjaśniło, a ten bilet za prom powędrował do mojego podróżnego archiwum.
Reniferowa na promie
Po opłaceniu promu pasażerowie wędrują zazwyczaj do baru na kawę i babeczki, kanapki lub hot-doga, my natomiast najczęściej szukamy najlepszego punktu widokowego na górnym pokładzie. Wierzcie mi, jest na co patrzeć! Czy znacie to uczucie, gdy z wrażenia odbiera Wam mowę, zmysły zaczynają pracować na najwyższych obrotach, intensywnie czujecie zapachy, podmuchy wiatru na skórze, chłoniecie wręcz barwy, chcąc zlać się z tym, co wokół?  Prawie każdy przeżył coś takiego. Ja czegoś takiego doświadczam za każdym razem, będąc w Norwegii. Norweskie fiordy to czarowne miejsca, które działają na mnie jak magnes. Wyłaniające się z wody wyspy i mniejsze wysepki, majestatyczne góry na dalszym planie. Chciałoby się krzyczeć: „Chwilo, trwaj!”.

W dalszej drodze mijamy kolejne urokliwe miejsca. Cały czas nie odrywam wzroku od krajobrazu. Charakterystycznym elementem każdej, nawet niewielkiej osady są mariny, przystanie, w których łodzie czekają na kolejne uruchomienie silnika i śmignięcie na otwarte wody. Dla Norwegów spędzanie czasu na łonie przyrody jest czymś powszechnym. A wędkowanie czy wręcz samo pływanie łódką to najnormalniejszy element życia każdej rodziny. I nie ma tu absolutnie mowy o tzw. lansowaniu się, czyli chęci zaimponowania komuś. Wydaje mi się, że Norwegowie z zachodnich landów mają nawet nieco grubszą skórę, zwłaszcza na twarzy, co jest wynikiem częstego przebywania na słońcu i wietrze. Uwielbiam obserwować takich zahartowanych w różnych warunkach ludzi, podziwiać ich twarze, które mają jakąś ukrytą głębię.

Gdy mijamy położone w dole osady, myślę o ludziach, którzy prowadzą tu spokojne życie. Pamiętam, jak w jednym z pierwszych maili wysłanych z Norwegii do Reniferowej Siostry (a było to 4 lata temu!) pisałam o swoim wewnętrznym przekonaniu, że jestem stworzona do takiego spokojnego życia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za jakiś czas moje marzenie będzie mogło się urzeczywistnić.
W drodze wielokrotnie zatrzymujemy się, robimy zdjęcia, pijemy kawę z kubka, który uzupełniamy gorącymi napojami na kolejnych stacjach Statoil. I tu informacja praktyczna. Kubek sporo kosztuje (w tym roku chyba 200 koron), ale możesz go uzupełniać gorącymi napojami na wszystkich stacjach Statoil. Zatem planującym dłuższą podróż po Norwegii zdecydowanie polecam taki zakup! Niestety magiczne właściwości kubka pod tytułem „darmowe napełnianie” kończą się z upływem roku, więc w kolejnym roku czeka cię następny zakup (każdy rok to nieco inny kolor kubka).
Warto wspomnieć, ze Norwegia zasłużenie zyskała miano kraju odpowiedzialnych kierowców. Złośliwi twierdzą, że to z obawy przed horrendalnie wysokimi mandatami, a mnie się wydaje, że wynika to raczej z ich niezwykle łagodnego usposobienia. Ze spokojem mijają stadko, które akurat wędruje ich pasem drogi. Nikt się nie złości, że musiał zwolnić. Przecież te stworzenia to też żywy kawałek przyrody. My także celebrujemy tę kozią defiladę. Przygodom ze zwierzętami należy się specjalny wpis, kiedyś na pewno się pojawi.


Reniferowa gna w stronę Huldefossen
W połowie drogi do Bergen zatrzymujemy się w oznaczonym koniczynką miejscu w gminie Førde (Førde Kommune). Napis obok koniczynki głosi: Huldefossen (wodospad Hulde). 
Parkujemy przy szkole i dalej wędrujemy kilkaset metrów pieszo. Przy wodospadzie spotykamy niemieckie małżeństwo w naszym wieku. I nikogo więcej! Żadnego hałaśliwego tłumu turystów. Dodam, że tu nawet w dużych miastach nie odczuwa się tego, że miejsce jest stadnie nawiedzane przez rzesze przybyszów.  Jedyny wyjątek stanowi chyba centrum Bergen, którego zwiedzanie  najlepiej rozpocząć bardzo wczesnym rankiem. Zbliżamy się do wodospadu na tyle blisko, aby poczuć na twarzach drobinki wody. Uważamy jednak, by chłodny wodny aerozol nie przemoczył nam ubrań. Tuż przy wodospadzie Renifer chowa aparat i chwilę korzystamy z tej nieplanowanej wodospadowej inhalacji.



Odczuwam już zmęczenie, ale przesuwające się za szybą widoki jakby mówiły: „Nie zasypiaj. Czekamy na twoje spojrzenie.” I jak tu nie ulec! A oto jeden z takich „gadających” widoków. Sami przyznajcie, że naprawdę nie mogłam spać.



 Na długo zapamiętam  młyn wodny znajdujący się około 50 km na północ od Bergen. I to nie ze względu na jego urok (choć trzeba przyznać, że miejsce było piękne), lecz z powodu  osobliwej pamiątki, jaką  stamtąd powiozłam dalej w świat.
Det siste stampehuset
Do młyna zeszliśmy z drogi stromą ścieżką. Renifer oczywiście z zainteresowaniem  godnym konstruktora oglądał wnętrze budowli. Z informacji przygotowanych dla turystów wynikało, że jest to Det siste stampehuset czyli ostatni młyn wyposażony w specjalne prasy do miażdżenia ziaren. Zatem prawdziwy unikat. 
No to jak unikat, to ja tez chciałam wejść do środka. Ale nie pomiarkowałam, że drzwi mają wysokość jak dla trolla czy innego niziołka. Efekt był taki, że walnęłam (i to jest jeszcze eufemizm!) głową we framugę drzwi, poleciałam z impetem na trawę i na  moment wszystko wokół jakby zwolniło tempo (taki odlot to mają chyba Holendrzy po dozwolonej u nich używce).
Za chwilę dostrzegłam Renifera pędzącego w moją stronę w samych krótkich spodenkach.
Reniferowa wzdycha: "Taki młyn, że głowa mała!"
Pomyślałam, że naprawdę ze mną niedobrze, bo chyba mam jakieś zwidy. Po chwili okazało się, że Renifer, nie mając nic innego pod ręką, zdjął z siebie koszulkę i zamoczył ją w strumieniu. Na szczęście obyło się bez rany, a siniak na głowie jeszcze długo po powrocie do domu przypominał mi o tej przygodzie. Musieliśmy dziwacznie wyglądać, gdy wracaliśmy do auta: półnagi mężczyzna i towarzysząca mu kobieta z turbanem na głowie! Chociaż, znając wyrozumiałość Norwegów, im zapewne nie wydałoby się to dziwne.
I jak tu nie kochać reniferów!

Następny wpis poświęcę relacji z Bergen.



Odrobina norweskiego na co dzień 

po norwesku: Det er bedre å våkne alene og vite at en er alene  enn å våkne sammen med noen og allikevel være ensom. (Liv Ullmann)
po polsku:    Lepiej budzić się w pustym łóżku i wiedzieć, że jest się samemu niż budzić się obok kogoś i odczuwać samotność. (wolne tłumaczenie Reniferowej)


Pozdrawiam!
Ha det bra!

Reniferowa




sobota, 4 grudnia 2010

(2) Wyprawa wzdłuż wybrzeża - lato 2010

Wakacje spędzam przede wszystkim z Reniferem. Latem 2010 roku mój pobyt u niego trwał 5 tygodni. Pięć długich tygodni spokoju, ciszy, ale też emocji towarzyszących licznym wyprawom.

Trasa na Tannlegeråsa, w dali Brattvåg, po lewej "nasze" jezioro

Poza wędrówkami wokół "naszego" jeziora, wypadami na ryby i na pobliskie szlaki dane nam było przeżyć podróż, której pomysł zrodził się spontanicznie. Pewnego wieczora Renifer zaproponował:  "Może jutro pojedziemy trochę dalej?" Na moje pytanie, co dla niego znaczy "trochę dalej" usłyszałam, że myśli o objechaniu Norwegii wzdłuż wybrzeża. Mieliśmy, kierując się na południe, odwiedzać po kolei miejsca godne obejrzenia, dotrzeć do najdalej wysuniętego na południe krańca Norwegii Lindesnes, a następnie skierować się w stronę Oslo i stamtąd znaną nam już drogą dotrzeć do domu. Renifer miał jeszcze 9 dni urlopu, więc nie było czasu na zastanawianie się. Wczesnym rankiem następnego dnia byliśmy już niemal całkowicie spakowani, po drodze wstąpiliśmy jeszcze do Bunnpris  w pobliskim Vatne po ostatnie sprawunki, głównie niewielkie zapasy żywności. Warto dodać, że ten sklep w Vatne  jest otwarty codziennie do godziny 22, nawet w niedzielę.  Handlowanie w Norwegii najczęściej zamiera w sobotę, dlatego ten sklep to prawdziwy ewenement. Tutaj w ogóle życie zwalnia bieg już w piątkowe popołudnie, nieliczni pracują w sobotę. Podoba mi się ten szacunek do pracownika. To także przejaw mądrego zarządzania - jeśli chcesz lojalności i szacunku tego, komu dajesz pracę, szanuj go i dbaj, aby miał czas na wypoczynek. Na stacji benzynowej w Vatne kupiliśmy tzw. Auto PASS - brikken , czyli urządzonko umożliwiające korzystanie z płatnych dróg bez konieczności zatrzymywania się i płacenia przy bramkach wjazdowych. To plastikowe pudełko przyklejone do szyby tuż za lusterkiem zapisuje kolejne przejechane płatne odcinki, a zbiorczy rachunek otrzymujesz po kilku tygodniach na adres wskazany w umowie.

Do  plecaka wrzuciłam też  "Sofies verden" ("Świat Zofii") Josteina Gaardera, powieść, którą jako pierwszą w całości przeczytałam po norwesku. Nasza wyprawa okazała się  ekstremalnie ekscytująca, a noce  trwały zdecydowanie za krótko (pamiętam towarzyszącą mi  każdego wieczora myśl o tym, co jeszcze zobaczymy następnego dnia). Zatem do książki wróciłam dopiero po powrocie do domu. Wynotowałam z niej trochę inspirujących fragmentów. Tymi najciekawszymi  też się z Wami wkrótce podzielę.
W podróży towarzyszyły nam nieodstępnie nasze wierne dwa przewodniki: „Norwegia” Wiedzy i Życia (choć znamy go już prawie na pamięć, to przez sentyment chyba zabieramy go w każdą podróż) oraz „NAF Veibok”. Ten ostatni Renifer otrzymuje cyklicznie z NAF (Norges Automobil Forbund). Tym razem sporo przecierpiał (oczywiście Veibok a nie Renifer), był wertowany tysiące razy. Jeśli podróżujesz po Norwegii z takim cudem, nie ominiesz najmniejszej atrakcji turystycznej.
Ten symbol oznacza: to warto zobaczyć
Wszystkie oznaczone są specjalnym symbolem (mnie kojarzy się on z czterolistną koniczynką) i naniesione na bardzo szczegółowe mapy, których NAF Veibok zawiera mnóstwo. Ponadto  liczne przydatne informacje: co gdzie zwiedzić, do jakiej galerii się  wybrać, gdzie nocować, dokładne mapy miast z nazwami ulic. I dotyczy to każdego miejsca w kraju. Jeśli na przykład w jakimś miasteczku pojawi się coś godnego obejrzenia, to w następnym wydaniu przewodnika już o tym czytasz. Może być to jakaś ciekawa architektonicznie nowa budowla, piękna fontanna, bo w końcu nowego wodospadu to raczej nie wymyślą (chociaż, może mnie kiedyś zaskoczą).

Z podróży przywieźliśmy poza radością i zmęczeniem mnóstwo zdjęć. Częścią z nich podzielę się z Wami.

Oto trasa naszej wyprawy:
Brattvåg - Bergen - Stavanger - Preikestolen - Lindesnes - Mandal (Sjøsanden) -Kristiansand - Oslo - Hamar - Lilehammer - Dombås - Brattvåg

Źródło: www.maps.google.pl


W kolejnym wpisie znajdziecie krótką relację z pierwszego etapu podróży:
Brattvåg - Bergen

Odrobina norweskiego na co dzień 
po norwesku: Ut på tur aldri sur.
po polsku:      Ruszaj się, a nie skwaśniejesz.  ( popularne norweskie powiedzenie w moim wolnym tłumaczeniu)

po norwesku: en tur lang kysten
po polsku:      wyprawa wzdłuż wybrzeża

Pozdrawiam!
Ha det bra!

Reniferowa

(1) Skąd pomysł na blog

Obraz Norwegii noszę w sobie niczym zdjęcie bliskiej osoby.
Opowiem Wam o niej.
Na razie blog będzie miał charakter bardziej wspomnieniowy  (w Norwegii bywam, a w Polsce mieszkam). Po przeprowadzce, która planowana jest na wrzesień lub październik 2011 roku, będę miała na pewno czym się z Wami dzielić.
Wędrówki po tym kraju to  wiele wzruszeń, których nie uda się być może ubrać precyzyjnie w słowa.
Ale warto spróbować!

Odrobina norweskiego na co dzień
En kan reise hvor en vil, men aldri fra seg selv. 
Możesz podróżować, gdziekolwiek zechcesz, lecz nie uciekniesz od siebie. (tłumaczyła Reniferowa)


Pozdrawiam!
Ha det bra!

Reniferowa