brattvaag
KIM JEST RENIFEROWA?
Mieszkam na wyspie. Bywa, że woda leje się z nieba, deszcz pada poziomo, a wiatr chce urwać głowę. Ale gdy wyjdzie słońce, woda w fiordzie zaczyna mienić się kolorami, czas staje w miejscu. Tu w pełni czuję, że JESTEM. W Norwegii bywałam wcześniej jako turystka, od jesieni 2011 tu jest mój dom.
Na blogu piszę o godnych odwiedzenia zakątkach Norwegii - także tych mniej znanych. Blog to także skrawki naszego emigracyjnego życia. To zapiski przede wszystkim dla naszych dzieci. Ale nie tylko.
Zapraszam!
Reniferowa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja do Norwegii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja do Norwegii. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 31 marca 2014
(187) Prawie metr radości
Renifer wypróbował wędkę do połowu z łodzi.
Zapowiada się niezły maraton kulinarny. Fiskekraftu muszę nagotować z tego, co do zamrażarki się nie zmieści. Tylko skąd ja taki wielki gar wytrzasnę?
Kiedyś nasi znajomi z akademika niechcący upolowali na drodze sarnę.
- Trzeba będzie to mięso ugotować - powiedział jeden, po inżyniersku skracając myśl.
- Ale skąd my taki wielki gar wytrzaśniemy? -odparł drugi.
Śmiechu było co niemiara.
No to powtórzę: Skąd ja taki gar wytrzasnę?
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
piątek, 28 marca 2014
(186) Både sjenert og utadvendt
Dziś Jens Stoltenberg poinformował oficjalnie, że opuszcza norweską politykę. Ale z oczu go nie stracimy. Od 1 października przejmie obowiązki sekretarza generalnego NATO.
Oglądamy konferencję prasową. Erna gratuluje Jensowi, Jens dziękuje Ernie. To, że całkiem niedawno stali po przeciwnych stronach w wyborczej gonitwie, nie ma teraz znaczenia.
Tej umiejętności traktowania się z szacunkiem bez względu na różnice poglądów można się od nich uczyć.
Ujmujący jest bezpretensjonalny sposób bycia Jensa Stoltenberga.
I ten chłopięcy uśmiech.
Słyszę jak tuż po konferencji jeden z jego kolegów mówi:
Jens er både sjenert og utadvendt.
I moim zdaniem trafił w sedno.
***
sjenert - nieśmiały
utandvendt - ekstrawertyczny, łatwo nawiązujący kontakty, otwarty
***
Pewna kochana osoba podjęła ważną decyzję.
Osoba, o której mogę powiedzieć, że podobne jak Jens jest både sjenert og utadvendt.
Powodzenia w nowym miejscu!
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
Oglądamy konferencję prasową. Erna gratuluje Jensowi, Jens dziękuje Ernie. To, że całkiem niedawno stali po przeciwnych stronach w wyborczej gonitwie, nie ma teraz znaczenia.
Tej umiejętności traktowania się z szacunkiem bez względu na różnice poglądów można się od nich uczyć.
Ujmujący jest bezpretensjonalny sposób bycia Jensa Stoltenberga.
I ten chłopięcy uśmiech.
Słyszę jak tuż po konferencji jeden z jego kolegów mówi:
Jens er både sjenert og utadvendt.
I moim zdaniem trafił w sedno.
***
sjenert - nieśmiały
utandvendt - ekstrawertyczny, łatwo nawiązujący kontakty, otwarty
***
Pewna kochana osoba podjęła ważną decyzję.
Osoba, o której mogę powiedzieć, że podobne jak Jens jest både sjenert og utadvendt.
Powodzenia w nowym miejscu!
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
środa, 2 października 2013
(181) Nic nie muszę
Kartony pełne naszego życia. Zapełnianie szaf. Stłuczony kubek, który żal wyrzucić. Moszczenie się w nowym miejscu. Trzeba dokupić garnki, talerze, sztućce.
Codzienne spotkania z ludźmi na kursie języka. Każdy z nich to inna historia. Norweskie frazeologizmy i wzruszenie - S spotyka się po latach ze swoją córeczką. Idiomy i dramat N, której ktoś norweski raj zamienił w piekło. Tak, na kursie uczyłam się nie tylko języka.
Pierwsza praca. Wciąż wymagam od siebie za dużo. Ja - nauczona, że jak się nie gna, to się nie pracuje. A tu trzeba spokojnie, spokojnie. I absolutnie ingen stress! To taki moment w życiu, gdy zaczynam czuć, że nic nie muszę.
Długie poranki. Mgła wędrująca znad jednej nad drugą wyspę. I na kolejną.
Pokrzykiwania mew. Przeciągła syrena i słowa Renifera: Hurtigruta kommer fra Geiranger. Poranne zachwyty w drodze do pracy. I w pracy zachwyty dziećmi. Niekończącą się opowieść mogłabym o nich pisać.
Radość ze spotkań z dziećmi. Naszymi dziećmi.
I łza, co czasem spać nie daje.
Ale kto by się przejmował łzą.
***
Dziś mijają dwa lata od mojej przeprowadzki do Norwegii.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
czwartek, 1 sierpnia 2013
(173) Akerendam i poszukiwacze skarbu w Norwegii
Żródło: http://www.nederlandsemunten.nl
Początek osiemnastego wieku. Holenderski statek Akerendam płynie wzdłuż norweskiego wybrzeża. Na jego pokładzie znajduje się mnóstwo skrzyń kryjących wszelkie dobra. Wśród nich dziewiętnaście najcięższych skrzyń. Te wypełnione są po brzegi monetami. Nieświadomi swojej przyszłości członkowie załogi grają w kości, śmiejąc się i przekrzykując.
Nadchodzi sztorm? Co tam sztorm! Niejeden sztorm za nami!
Ten był ostatni.
Dobra z leżącego na dnie statku dryfują w kierunku wyspy Runde, z czego skwapliwie korzystają jej mieszkańcy. A gdy woda przestaje przynosić to, co można wykorzystać, sprawa zatopionego statku ginie w czeluściach niepamięci.
Rok 1972, ponad dwieście pięćdziesiąt lat od katastrofy. Grupa nurków sportowych wraca na ląd z podwodnej eskapady. Z głowami pełnymi wrażeń i rękoma pełnymi monet. Opowiadają o wraku statku, który czekał na nich w głębinie. I tak historia Akerendamu odżywa. Statek jest na ustach wielu, interesują się nim media. A największe emocje budzi wśród poszukiwaczy skarbów. Od tej pory Runde odwiedzają nie tylko miłośnicy ptaków, podziwiający żyjące na klifach ptasie kolonie. To prawdziwa Mekka dla nurków eksplorujących wody wokół Runde w nadziei na powrót na ląd ze złotym krążkiem w dłoni. Mówi się o szczęśliwcach, którzy wypływali z setkami kilogramów monet odnalezionych w morskich głębinach.
Ja nurkowania się boję. Ba! Boję się zanurzyć głowę, nawet w płytkiej wodzie. Do tej pory pamiętam człowieka z pływalni na Teatralnej, który na pierwszym roku studiów kijem wpychał mnie pod wodę. Twierdził, że tylko próbuje dodać mi odwagi. Świetnie się przy tym bawił. A ja miałam oczy pełne wody i łez. I to był uniwersytecki pedagog.
Kto by wtedy pomyślał, że kiedyś ta nieporadnie pływająca sierotka będzie żyć w najpiękniejszym zakątku świata, o ironio - otoczona ze wszystkich stron wodą!
A ten gość z pływalni? Może nadal macza kij?
Wracając do meritum: jeśli nurkujesz i lubisz przygody, wybierz się na Runde. Może wrócisz do domu z pełną sakiewką? A nawet jeśli nie, to na pewno z workiem wrażeń!
***
Mały oppdatering:
Bill Gates wylądował dziś po południu na lotnisku na Vigrze. To zaledwie dziesięć kilometrów od naszego domu. Towarzyszy mu rodzina. Mają spędzić w Sunnmøre urlop.
Jedno jest pewne - poszukiwać złotych monet to on na pewno nie musi;)
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
Początek osiemnastego wieku. Holenderski statek Akerendam płynie wzdłuż norweskiego wybrzeża. Na jego pokładzie znajduje się mnóstwo skrzyń kryjących wszelkie dobra. Wśród nich dziewiętnaście najcięższych skrzyń. Te wypełnione są po brzegi monetami. Nieświadomi swojej przyszłości członkowie załogi grają w kości, śmiejąc się i przekrzykując.
Nadchodzi sztorm? Co tam sztorm! Niejeden sztorm za nami!
Ten był ostatni.
Dobra z leżącego na dnie statku dryfują w kierunku wyspy Runde, z czego skwapliwie korzystają jej mieszkańcy. A gdy woda przestaje przynosić to, co można wykorzystać, sprawa zatopionego statku ginie w czeluściach niepamięci.
Rok 1972, ponad dwieście pięćdziesiąt lat od katastrofy. Grupa nurków sportowych wraca na ląd z podwodnej eskapady. Z głowami pełnymi wrażeń i rękoma pełnymi monet. Opowiadają o wraku statku, który czekał na nich w głębinie. I tak historia Akerendamu odżywa. Statek jest na ustach wielu, interesują się nim media. A największe emocje budzi wśród poszukiwaczy skarbów. Od tej pory Runde odwiedzają nie tylko miłośnicy ptaków, podziwiający żyjące na klifach ptasie kolonie. To prawdziwa Mekka dla nurków eksplorujących wody wokół Runde w nadziei na powrót na ląd ze złotym krążkiem w dłoni. Mówi się o szczęśliwcach, którzy wypływali z setkami kilogramów monet odnalezionych w morskich głębinach.
Ja nurkowania się boję. Ba! Boję się zanurzyć głowę, nawet w płytkiej wodzie. Do tej pory pamiętam człowieka z pływalni na Teatralnej, który na pierwszym roku studiów kijem wpychał mnie pod wodę. Twierdził, że tylko próbuje dodać mi odwagi. Świetnie się przy tym bawił. A ja miałam oczy pełne wody i łez. I to był uniwersytecki pedagog.
Kto by wtedy pomyślał, że kiedyś ta nieporadnie pływająca sierotka będzie żyć w najpiękniejszym zakątku świata, o ironio - otoczona ze wszystkich stron wodą!
A ten gość z pływalni? Może nadal macza kij?
Wracając do meritum: jeśli nurkujesz i lubisz przygody, wybierz się na Runde. Może wrócisz do domu z pełną sakiewką? A nawet jeśli nie, to na pewno z workiem wrażeń!
***
Mały oppdatering:
Bill Gates wylądował dziś po południu na lotnisku na Vigrze. To zaledwie dziesięć kilometrów od naszego domu. Towarzyszy mu rodzina. Mają spędzić w Sunnmøre urlop.
Jedno jest pewne - poszukiwać złotych monet to on na pewno nie musi;)
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
wtorek, 23 lipca 2013
(168) Jak dziecko... ups! statek we mgle
Mgła nad Valderhaugfjoren, 23.07.2013
Dla porównania - widok na Valderhaugfjorden dzień wcześniej
Takiej mgły nad fiordem jeszcze nie widziałam. Zza okna dobiegają co chwila syreny. To przepływające statki informują o swojej obecności na wodzie. A nad mgłą... słońce. Renifer czegoś takiego też tu jeszcze nie doświadczył.
Kto na wodzie, niech dotrze bezpiecznie do celu.
***
Myślę o przybyszach, którzy trafiają do Norwegii w poszukiwaniu lepszego życia, a traktowani są jak ludzie drugiej kategorii. Obce im norweskie realia, mają problemy z odnalezieniem się w tej krainie ropą i gazem płynącej. I ktoś tę bezradność skwapliwie wykorzystuje.
A oni błądzą, jak dzieci we mgle.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
Dla porównania - widok na Valderhaugfjorden dzień wcześniej
Takiej mgły nad fiordem jeszcze nie widziałam. Zza okna dobiegają co chwila syreny. To przepływające statki informują o swojej obecności na wodzie. A nad mgłą... słońce. Renifer czegoś takiego też tu jeszcze nie doświadczył.
Kto na wodzie, niech dotrze bezpiecznie do celu.
***
Myślę o przybyszach, którzy trafiają do Norwegii w poszukiwaniu lepszego życia, a traktowani są jak ludzie drugiej kategorii. Obce im norweskie realia, mają problemy z odnalezieniem się w tej krainie ropą i gazem płynącej. I ktoś tę bezradność skwapliwie wykorzystuje.
A oni błądzą, jak dzieci we mgle.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
wtorek, 12 marca 2013
(144) W Norwegii jak u siebie?
Planujesz wyjazd na stałe do Norwegii. Lepiej nie oczekuj zbyt wiele i nie nastawiaj się, że teraz oto zaczyna się twój norweski sen. Unikniesz rozczarowania. A jeśli ci się uda - tym większa będzie radość.
Możesz mieć satysfakcjonującą pracę. Możesz mieszkać w domu z żywą widokówką za oknem. Ale jeśli nie zdołasz poczuć się tutaj naprawdę u siebie, to zaczynają się schody - i to raczej schody w dół. Najwięcej zależy bowiem od umiejętności zaadaptowania się w nowych warunkach. Z przystosowaniem się dzieci bywa różnie. W przedszkolu mamy rodzeństwo ze wschodnioeuropejskiego kraju. Chłopcy czują się tu jak ryby w wodzie. Są lubiani, uczestniczą we wspólnych zabawach. Z każdym dniem komunikują się coraz lepiej. Niepotrzebny był nauczyciel wspierający. Udało się.
Ale nie zawsze jest tak wzorcowo. Kolega po szybkim ustawieniu się w Norwegii sprowadził żonę i dwoje dzieci. Początkowa euforia ustąpiła miejsca zniechęceniu i poczuciu porażki. Razem byli niecałe pół roku. I żonie, i maluchom nie udało się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wierzę, że w przedszkolu, do którego chodzili chłopcy, robiono wszystko, aby pomóc im w tym trudnym dla nich czasie. Ale nie każdemu uda się pomóc. Maluchy z mamą wróciły do kraju, a kolega dołączy do nich, gdy upłynie czas wypowiedzenia umowy o pracę. Nie wszyscy decydują się w takiej sytuacji na powrót w ojczyste strony. Czasem bywa to bardziej skomplikowane. Koleżanka z egzotycznego kraju z pewnością nie wróci do ojczyzny. Żyje w szczęśliwym związku z Norwegiem i sprawia wrażenie osoby całkowicie zasymilowanej.
Kiedyś wyszeptała jednak: Piękny ten fiord, piękne te góry, ale to nie mój fiord i nie moje góry. Jej oczy powiedziały mi wtedy wszystko.
Nam się chyba udało. Bo jak patrzę za okno, to myślę:
Piękny ten nasz fiord i piękne te nasze góry.
Pytana przed wyjazdem, czy to na stałe, odpowiadałam: Taki jest plan.
Dziś mogę powiedzieć, że plan się nie zmienił.
A jak będzie, czas pokaże.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
Możesz mieć satysfakcjonującą pracę. Możesz mieszkać w domu z żywą widokówką za oknem. Ale jeśli nie zdołasz poczuć się tutaj naprawdę u siebie, to zaczynają się schody - i to raczej schody w dół. Najwięcej zależy bowiem od umiejętności zaadaptowania się w nowych warunkach. Z przystosowaniem się dzieci bywa różnie. W przedszkolu mamy rodzeństwo ze wschodnioeuropejskiego kraju. Chłopcy czują się tu jak ryby w wodzie. Są lubiani, uczestniczą we wspólnych zabawach. Z każdym dniem komunikują się coraz lepiej. Niepotrzebny był nauczyciel wspierający. Udało się.
Ale nie zawsze jest tak wzorcowo. Kolega po szybkim ustawieniu się w Norwegii sprowadził żonę i dwoje dzieci. Początkowa euforia ustąpiła miejsca zniechęceniu i poczuciu porażki. Razem byli niecałe pół roku. I żonie, i maluchom nie udało się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wierzę, że w przedszkolu, do którego chodzili chłopcy, robiono wszystko, aby pomóc im w tym trudnym dla nich czasie. Ale nie każdemu uda się pomóc. Maluchy z mamą wróciły do kraju, a kolega dołączy do nich, gdy upłynie czas wypowiedzenia umowy o pracę. Nie wszyscy decydują się w takiej sytuacji na powrót w ojczyste strony. Czasem bywa to bardziej skomplikowane. Koleżanka z egzotycznego kraju z pewnością nie wróci do ojczyzny. Żyje w szczęśliwym związku z Norwegiem i sprawia wrażenie osoby całkowicie zasymilowanej.
Kiedyś wyszeptała jednak: Piękny ten fiord, piękne te góry, ale to nie mój fiord i nie moje góry. Jej oczy powiedziały mi wtedy wszystko.
Nam się chyba udało. Bo jak patrzę za okno, to myślę:
Piękny ten nasz fiord i piękne te nasze góry.
Pytana przed wyjazdem, czy to na stałe, odpowiadałam: Taki jest plan.
Dziś mogę powiedzieć, że plan się nie zmienił.
A jak będzie, czas pokaże.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
sobota, 1 grudnia 2012
(117) Julestjarnen på Sukkertoppen - gwiazda, co nam w okna zagląda
Źródło zdjęcia: http://www.smp.no/nyheter/alesundogomland/article6752367.ece
Dziś, w przeddzień rozpoczęcia adwentu, zapalono wysoką na ponad 11 metrów gwiazdę, która stoi w połowie drogi na Sukkertoppen.
Najpierw usłyszeliśmy coś jakby przytłumione strzały. Po chwili fajerwerkowe błyski rozświetliły niebo. Tak mieszkańcy Ålesundu uświetnili chwilę zapalenia gwiazdy. Dzielą nas od niej szerokie na ponad dwa kilometry wody fiordu. Ale widzimy ją doskonale z naszych okien. Nawet nie trzeba wstawać z sofy.
Od dziś, bez względu na aurę, będzie nam zaglądać w okna gwiazda. Nawet jak niebo odwoła nocny spektakl i spowiją je chmury. A od jutra w domach zapłoną adwentowe świeczniki. Rok od poprzednich świąt przeleciał jak szalony.
I tak bardzo chce się jeszcze być, być, być.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
Dziś, w przeddzień rozpoczęcia adwentu, zapalono wysoką na ponad 11 metrów gwiazdę, która stoi w połowie drogi na Sukkertoppen.
Najpierw usłyszeliśmy coś jakby przytłumione strzały. Po chwili fajerwerkowe błyski rozświetliły niebo. Tak mieszkańcy Ålesundu uświetnili chwilę zapalenia gwiazdy. Dzielą nas od niej szerokie na ponad dwa kilometry wody fiordu. Ale widzimy ją doskonale z naszych okien. Nawet nie trzeba wstawać z sofy.
Od dziś, bez względu na aurę, będzie nam zaglądać w okna gwiazda. Nawet jak niebo odwoła nocny spektakl i spowiją je chmury. A od jutra w domach zapłoną adwentowe świeczniki. Rok od poprzednich świąt przeleciał jak szalony.
I tak bardzo chce się jeszcze być, być, być.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
czwartek, 22 listopada 2012
(112) Dom mchem i wrzosem kryty - Øvstestølen
W połowie drogi między Trollstigen a Geiranger leży Øvstestølen. Po emocjonującej przejażdżce pnącymi się w górę serpentynami warto zatrzymać się tutaj na chwilę.
Miejsce to jest znane Norwegom - wędkarzom jako kraina pstrąga. Pięć jezior i trzydzieści pięć kilometrów pełnych pstrąga rzek. Warto pamiętać o konieczności wykupienia licencji (fiskekort). Tu wędkarze nie zdają egzaminu, aby zdobyć kartę. Uiszczasz opłatę i możesz łowić.
Zawsze gdy zmierzamy w kierunku Geiranger, obowiązowym punktem jest Øvstestølen. Zespół świetnie zachowanych drewnianych zabudowań otrzymał prestiżową nagrodę Godt vern-prisen.
Lubię Øvstestølen za tę baśniową scenerię. Porośnięte trawą, mchem i wrzosem stare domy. Połyskująca w słońcu rzeka, której brzegi łączy kamienny mostek. Wyłaniające się zza domostw góry. Cisza, spokój, natura na wyciągnięcie ręki. Zapachy, barwy, monotonny szum rzeki, wiatr i słońce na twarzy.
Życiodajny koktajl.
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
niedziela, 18 listopada 2012
(110) Od SASa do ...
Od kilkunastu dni mówi się dużo w norweskich mediach o problemach, z jakimi borykają się linie lotnicze SAS. Właśnie przeczytałam w Sunnmørsposten, że być może już w najbliższy poniedziałek samoloty SAS nie wystartują.
LINK: SAS: – Ingen garanti for at vi flyr på mandag
Gdy minister gospodarki Trond Giske informował, że Norwegia wspomoże sąsiada w tarapatach, pomyślałam, że poza chęcią niesienia solidarnej pomocy chodzi także o utrzymanie miejsc pracy dla licznie zatrudnionych tam Norwegów. I dopiero ten artykuł uświadomił mi, czym jeszcze kierują się Norwegowie, oferując liniom pół miliarda koron. Okazuje się, że wyłącznie SAS obsługuje loty na Svalbard. No to nie tylko Norwegowie, ale i nasi rodacy pracujący na Stacji Polarnej na Spitsbergenie mogą mieć spory kłopot.
W Aftenposten najświeższa informacja, że firmę być może uda się uratować, jeśli pracownicy zgodzą się na drastyczne obcięcie wynagrodzenia. Rozmowy trwają.
Niech zakończą się sukcesem.
***
Naszą wyspę ze stałym lądem łączą biegnące około 140 metrów pod poziomem morza tunele. Kursuje też prom. Czasem myślę, jak poradzilibyśmy sobie, gdyby z jakichś powodów zamknięto tunele, a niepogoda uniemożliwiałaby pracę promu.
Taki dylemat mogą mieć teraz mieszkańcy Svalbardu.
Oby nie.
***
Dopisek z poniedziałku, 19 listopada. Kryzys w SAS zażegnany.
Po całonocnych rozmowach udało się osiągnąć kompromis ze związkami zawodowymi. Choć z SAS-a korzystamy sporadycznie, cieszymy się!
Wypadałoby napisać:
Od SASa do ... kompromisa;)
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
LINK: SAS: – Ingen garanti for at vi flyr på mandag
Gdy minister gospodarki Trond Giske informował, że Norwegia wspomoże sąsiada w tarapatach, pomyślałam, że poza chęcią niesienia solidarnej pomocy chodzi także o utrzymanie miejsc pracy dla licznie zatrudnionych tam Norwegów. I dopiero ten artykuł uświadomił mi, czym jeszcze kierują się Norwegowie, oferując liniom pół miliarda koron. Okazuje się, że wyłącznie SAS obsługuje loty na Svalbard. No to nie tylko Norwegowie, ale i nasi rodacy pracujący na Stacji Polarnej na Spitsbergenie mogą mieć spory kłopot.
W Aftenposten najświeższa informacja, że firmę być może uda się uratować, jeśli pracownicy zgodzą się na drastyczne obcięcie wynagrodzenia. Rozmowy trwają.
Niech zakończą się sukcesem.
***
Naszą wyspę ze stałym lądem łączą biegnące około 140 metrów pod poziomem morza tunele. Kursuje też prom. Czasem myślę, jak poradzilibyśmy sobie, gdyby z jakichś powodów zamknięto tunele, a niepogoda uniemożliwiałaby pracę promu.
Taki dylemat mogą mieć teraz mieszkańcy Svalbardu.
Oby nie.
***
Dopisek z poniedziałku, 19 listopada. Kryzys w SAS zażegnany.
Po całonocnych rozmowach udało się osiągnąć kompromis ze związkami zawodowymi. Choć z SAS-a korzystamy sporadycznie, cieszymy się!
Wypadałoby napisać:
Od SASa do ... kompromisa;)
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
sobota, 17 listopada 2012
(109) Pogadać jak Norweg z Norwegiem
Norwegowie używają dwóch oficjalnych odmian języka. Bardziej popularny jest bokmål, mniej nynorsk. Bokmål to znorwegizowana wersja języka duńskiego, pamiątka po czasach unii z Danią. Nynorsk z kolei to powrót do korzeni, do języka przodków. Ci, którzy nie mieli potrzeby albo możliwości, by uczyć się pisać, bokmåla nie znali wcale. Twórca języka nynorsk Ivar Aasen pochodził z Ørsta, wsi położonej około 70 kilometrów na południe od naszej wyspy. Szybko stracił rodziców. Jako młody chłopiec zaczął samodzielną naukę czytania i pisania. Mimo że był typowym molem książkowym, podobno w czasach dzieciństwa spędzał w szkole nie więcej niż dziesięć dni w roku. Ten zapalony do książek samouk w wieku osiemnastu lat dostał posadę nauczyciela. Ale to nie czytelnicze zacięcie sprawiło, że Ivar stał się legendą dla Norwegów. Norwegowie zawdzięczają mu bowiem stworzenie języka nynorsk. Języka, który jest wypadkową wielu norweskich dialektów. Języka bliskiego żywej mowie, a więc bliższego życiu.
Języka nynorsk używa obecnie około piętnastu procent Norwegów. I my trafiliśmy w okolicę, gdzie panuje nynorsk. Mowa oczywiście o używaniu języka w piśmie. Bowiem tu jest sprawą powszechną (przynajmniej na naszym terenie), że ludzie używają innego języka pisanego - na przykład w sytuacjach oficjalnych - a innym mówią. Bo mnóstwo Norwegów mówi dialektem. Mówi się, że ile wsi, miast i osad, tyle dialektów. Åslaug zażartuje, że język, którego uczy się na kursach – bokmål - to taki klasserommsdialekt, czyli dialekt szkolnej klasy. Bo poza szkołą język jest inny - żywszy, bogatszy, barwniejszy. Życie faktycznie dowodzi, że trudno spotkać Norwega, który mówi czystym bokmålem lub czystym nynorskiem. Ludzie przemieszczają się, z nimi wędrują ich dialekty. I często język oficjalny miesza się z jakąś regionalną odmianą. Jak dziecko ma ojca z Ålesund, a matkę z Bergen, to bardzo prawdopodobne, że będzie po ålesundsku mówić "E hete Kari å e kjem fra Ålesund", co w bokmålu wygląda tak: "Jeg heter Kari og jeg kommer fra Ålesund". Do tego po bergeńsku będzie wymawiać tzw. języczkowe "r" (po norwesku nazywa się to skarring).
Przed wyjazdem do Norwegii uczyłam się języka norweskiego w Polsce. Oczywiście najpopularniejszej jego odmiany. Gdy w końcu dotarłam tu z książkowym bokmålem w głowie, załamywało mnie, że tak mało rozumiem z tego, co mówią ludzie w autobusie, sklepie, na przystanku. Z niektórych rozmów wyłapywałam tylko pojedyncze słowa. Teraz jest lepiej. Zawdzięczam to w dużej mierze telewizji i radiu. Już mnie nie dziwi, że rozmowa trzech osób toczona jest jednocześnie w trzech różnych dialektach. I raczej nie powoduje to nieporozumień. A ja słucham, słucham, słucham. I już przestaję się dziwić. Francuzi mają niezliczona ilość win i serów, Norwegowie ukochali dialekty.
Jeśli dopiero przyjechaliście do Norwegii i macie podobne odczucia, to chce was zapewnić, że z czasem zaczniecie nie tylko rozumieć coraz więcej, ale też coraz częściej rozróżniać, kto jakim dialektem mówi. Gdy kiedyś trafiła do nas do szkoły nauczycielka mówiąca gardłowo, z charakterystycznym "r" języczkowym, od razu pomyślałam, że musi pochodzić z Bergen. I nie pomyliłam się.
***
Zima, śnieg smaga zmęczoną podróżą twarz. Mężczyzna ze sfatygowaną torbą pełną notatek dociera do kolejnej wsi. Grzeje zmarznięte dłonie przy ogniu. Wyciąga kajet, pióro. Mości się wygodnie. Przygląda się ludziom, słucha ich rozmów. I notuje. Niektóre wyrazy podkreśla dwiema liniami. Chłonie każde słowo. Wiele z nich znajdzie miejsce w tworzonym przez niego systemie słów - systemie, który bliski będzie i zrozumiały wszystkim tym napotkanym po drodze ludziom. Jak ogarnąć ten ogrom lokalnych dialektów, jak znaleźć wspólny mianownik i stworzyć język bazujący na tym, co je łączy? Podobno odwiedził dwieście czterdzieści cztery gminy. W czasach, gdy nie było samochodów, tuneli, promów, a utwardzona droga była luksusem. Do tego zmagać się musiał z licznym gronem przeciwników, którzy w nowym języku widzieli konkurencję dla powszechnie wtedy panującego bokmåla. Udało się. Nynorsk, który Norwegowie zawdzięczają Ivarovi Aasenowi, to jeden z obecnie obowiązujących języków w Norwegii.
I choć nam - emigrantom - dołożył Ivar pracy (uczę się, uczę języka i końca nie widać), to chylę czoła przed jego niewybrażalną, benedyktyńską pracą.
Na mapce poniżej trasy, które przemierzył Ivar Aasen.
Źródło mapki: http://www.spel.aasentunet.no/reiser/Kart/index.html
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
Języka nynorsk używa obecnie około piętnastu procent Norwegów. I my trafiliśmy w okolicę, gdzie panuje nynorsk. Mowa oczywiście o używaniu języka w piśmie. Bowiem tu jest sprawą powszechną (przynajmniej na naszym terenie), że ludzie używają innego języka pisanego - na przykład w sytuacjach oficjalnych - a innym mówią. Bo mnóstwo Norwegów mówi dialektem. Mówi się, że ile wsi, miast i osad, tyle dialektów. Åslaug zażartuje, że język, którego uczy się na kursach – bokmål - to taki klasserommsdialekt, czyli dialekt szkolnej klasy. Bo poza szkołą język jest inny - żywszy, bogatszy, barwniejszy. Życie faktycznie dowodzi, że trudno spotkać Norwega, który mówi czystym bokmålem lub czystym nynorskiem. Ludzie przemieszczają się, z nimi wędrują ich dialekty. I często język oficjalny miesza się z jakąś regionalną odmianą. Jak dziecko ma ojca z Ålesund, a matkę z Bergen, to bardzo prawdopodobne, że będzie po ålesundsku mówić "E hete Kari å e kjem fra Ålesund", co w bokmålu wygląda tak: "Jeg heter Kari og jeg kommer fra Ålesund". Do tego po bergeńsku będzie wymawiać tzw. języczkowe "r" (po norwesku nazywa się to skarring).
Przed wyjazdem do Norwegii uczyłam się języka norweskiego w Polsce. Oczywiście najpopularniejszej jego odmiany. Gdy w końcu dotarłam tu z książkowym bokmålem w głowie, załamywało mnie, że tak mało rozumiem z tego, co mówią ludzie w autobusie, sklepie, na przystanku. Z niektórych rozmów wyłapywałam tylko pojedyncze słowa. Teraz jest lepiej. Zawdzięczam to w dużej mierze telewizji i radiu. Już mnie nie dziwi, że rozmowa trzech osób toczona jest jednocześnie w trzech różnych dialektach. I raczej nie powoduje to nieporozumień. A ja słucham, słucham, słucham. I już przestaję się dziwić. Francuzi mają niezliczona ilość win i serów, Norwegowie ukochali dialekty.
Jeśli dopiero przyjechaliście do Norwegii i macie podobne odczucia, to chce was zapewnić, że z czasem zaczniecie nie tylko rozumieć coraz więcej, ale też coraz częściej rozróżniać, kto jakim dialektem mówi. Gdy kiedyś trafiła do nas do szkoły nauczycielka mówiąca gardłowo, z charakterystycznym "r" języczkowym, od razu pomyślałam, że musi pochodzić z Bergen. I nie pomyliłam się.
***
Zima, śnieg smaga zmęczoną podróżą twarz. Mężczyzna ze sfatygowaną torbą pełną notatek dociera do kolejnej wsi. Grzeje zmarznięte dłonie przy ogniu. Wyciąga kajet, pióro. Mości się wygodnie. Przygląda się ludziom, słucha ich rozmów. I notuje. Niektóre wyrazy podkreśla dwiema liniami. Chłonie każde słowo. Wiele z nich znajdzie miejsce w tworzonym przez niego systemie słów - systemie, który bliski będzie i zrozumiały wszystkim tym napotkanym po drodze ludziom. Jak ogarnąć ten ogrom lokalnych dialektów, jak znaleźć wspólny mianownik i stworzyć język bazujący na tym, co je łączy? Podobno odwiedził dwieście czterdzieści cztery gminy. W czasach, gdy nie było samochodów, tuneli, promów, a utwardzona droga była luksusem. Do tego zmagać się musiał z licznym gronem przeciwników, którzy w nowym języku widzieli konkurencję dla powszechnie wtedy panującego bokmåla. Udało się. Nynorsk, który Norwegowie zawdzięczają Ivarovi Aasenowi, to jeden z obecnie obowiązujących języków w Norwegii.
I choć nam - emigrantom - dołożył Ivar pracy (uczę się, uczę języka i końca nie widać), to chylę czoła przed jego niewybrażalną, benedyktyńską pracą.
Na mapce poniżej trasy, które przemierzył Ivar Aasen.
Źródło mapki: http://www.spel.aasentunet.no/reiser/Kart/index.html
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
piątek, 26 października 2012
(105) Na co czekam w piątkowy wieczór
Źródło zdjęcia: www.skavlan.com
Skavlan - NRK 1 , piątek, 21.25
Piątkowy wieczór - wygodne moszczenie się w fotelu z kubkiem ciepłej herbaty. Czekam na mój ulubiony program talk-show Skavlan.
Gospodarz programu - norweski dziennikarz Fredrik Skavlan - rozmawia z gośćmi z taktem, swobodą i przenikliwością. Potrafi słuchać, nie odpytuje, nie błaznuje. Jest dowcipny, ale nie złośliwy. Dociekliwy, ale nie wścibski.
Rozmowy toczą się niespiesznie. Mimo, że goście są tak różnorodni, zawsze znajdzie się jakaś wspólna płaszczyzna. Obok mniej znanych w świecie mediów postaci, pojawiają się u niego wielkie osobistości m.in. ze świata nauki, kultury, polityki. Słuchałam z wielkim zainteresowaniem jak na fotelu u Skavlana siedzieli: Kevin Kostner, Jens Stoltenberg czy Liv Ullmann.
Skavlan potrafi budować nastrój. Pamiętam wzruszenie i współodczuwanie, gdy Liv Ullmann opowiadała o swojej relacji z Bergmanem oraz niezwykle subtelną rozmowę z synami Olofa Palmego, którzy wspominali tragicznie zmarłego ojca.
Dziś wśród gości Skavlana był John Irving. I rozmowa nie krążyła, jakby można się spodziewać, wokół "Świata według Garpa" - dla Skavlana to byłoby zbyt proste.
Na pytanie, czy zdarza mu się być nietolerancyjnym, John Ivring odpowiedział dziś tak: Oczywiście! Najbardziej nietolerancyjny jestem wobec ludzi, ktorzy sa nietolerancyjni.
¤¤¤
Jedne drzwi się zamykają, inne otwierają. Dziś dostałam miejsce na kursie przygotowującym do bergenstestu w ålesundzkim Voksenopplæringu.
¤¤¤
Odrobina norweskiego na co dzień:
po norwesku: De fleste samtaler består av en rekke små monologer. (Stig Johansson)
po polsku: Większość rozmów składa się z ciągu krótkich monologów.
(Ale nie jest tak u Skavlana.)
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
Skavlan - NRK 1 , piątek, 21.25
Piątkowy wieczór - wygodne moszczenie się w fotelu z kubkiem ciepłej herbaty. Czekam na mój ulubiony program talk-show Skavlan.
Gospodarz programu - norweski dziennikarz Fredrik Skavlan - rozmawia z gośćmi z taktem, swobodą i przenikliwością. Potrafi słuchać, nie odpytuje, nie błaznuje. Jest dowcipny, ale nie złośliwy. Dociekliwy, ale nie wścibski.
Rozmowy toczą się niespiesznie. Mimo, że goście są tak różnorodni, zawsze znajdzie się jakaś wspólna płaszczyzna. Obok mniej znanych w świecie mediów postaci, pojawiają się u niego wielkie osobistości m.in. ze świata nauki, kultury, polityki. Słuchałam z wielkim zainteresowaniem jak na fotelu u Skavlana siedzieli: Kevin Kostner, Jens Stoltenberg czy Liv Ullmann.
Skavlan potrafi budować nastrój. Pamiętam wzruszenie i współodczuwanie, gdy Liv Ullmann opowiadała o swojej relacji z Bergmanem oraz niezwykle subtelną rozmowę z synami Olofa Palmego, którzy wspominali tragicznie zmarłego ojca.
Dziś wśród gości Skavlana był John Irving. I rozmowa nie krążyła, jakby można się spodziewać, wokół "Świata według Garpa" - dla Skavlana to byłoby zbyt proste.
Na pytanie, czy zdarza mu się być nietolerancyjnym, John Ivring odpowiedział dziś tak: Oczywiście! Najbardziej nietolerancyjny jestem wobec ludzi, ktorzy sa nietolerancyjni.
¤¤¤
Jedne drzwi się zamykają, inne otwierają. Dziś dostałam miejsce na kursie przygotowującym do bergenstestu w ålesundzkim Voksenopplæringu.
¤¤¤
Odrobina norweskiego na co dzień:
po norwesku: De fleste samtaler består av en rekke små monologer. (Stig Johansson)
po polsku: Większość rozmów składa się z ciągu krótkich monologów.
(Ale nie jest tak u Skavlana.)
Pozdrawiam, ha det bra!
Reniferowa
wtorek, 11 października 2011
(28) Formalnościom stało się zadość
W ciągu pierwszego tygodnia pobytu udało mi się załatwić wiele ważnych spraw. Poradziłam sobie sama - w czasie, gdy Renifer był w pracy.
Po pierwsze, otrzymałam registreringsbevis, na którym stoi jak byk, że mam prawo mieszkać w Norwegii przez czas nieokreślony. Przed wizytą na policji zarejestrowałam się on-line na stronie UDI. Potem umówiłam telefonicznie na spotkanie. Już na miejscu, na policji, zamurowało mnie, gdy okazało się, że nie muszę czekać, aż registrerinsbevis dotrze do mnie pocztą , bo dostałam go od ręki. Renifer na początku swojej norweskiej przygody miał bardziej pod górkę. Sprawa poszła oczywiście tak gładko, bo zarejestrowano mnie jako żonę osoby mieszkającej już w Norwegii.
W drodze na policję trochę pobłądziłam i złapała mnie ulewa. Przemoczone dżinsy zesztywniały na wietrze. A mnie po wizycie na policji czekało jeszcze spotkanie w szkole językowej i test z norweskiego. Dobrze,że miałam przy sobie portfel i trochę więcej gotówki. Musiałam kupić nieprzemakalne spodnie (tutaj znajdziesz ich hurtowe ilości w sklepach).
W szkole, a w zasadzie centrum kształcenia dla dorosłych (Voksenopplæringssenter) pani, z którą miałam umówione spotkanie, po krótkiej rozmowie zaprowadziła mnie do gabinetu rektora (rektorem Norwedzy zwą dyrektora szkoły) i wręczywszy test, dwa ołówki i gumkę, wyszła, życząc : „lykke til”.
Kolejny krok to wizyta w Skatteetaten (urząd podatkowy) w celu otrzymania numeru personalnego (odpowiednik naszego PESEL).
I na tym formalności związane z zalegalizowaniem mojego pobytu w Norwegii zakończono.
Aha, załatwiłam jeszcze bilet – elektroniczną kartę do autobusu, coś na wzór urbancard we Wrocławiu.
Na naprędce zrobionym zdjęciu (na karcie musi być fotka) wyglądam jak bandyta, ale to już inna para kaloszy. O właśnie, à propos kaloszy, to muszę koniecznie jakieś kupić. Jak to Renifer powiedział, „takie bardziej eleganckie”. Dla mnie "eleganckie kalosze" to oksymoron, ale wiem, co Renifer miał na myśli (czytaj: nie takie do obory). W Polsce była to chyba przejściowa moda (może jest nadal, kiepska jestem w tych modowych tematach), tutaj to chleb powszedni. Szkoda tylko, że nie można założyć kaloszy naszemu psu. Ale w końcu jemu też się coś od życia należy.
Odrobina norweskiego:
po norwesku: Lykke til!
po polsku: Powodzenia!
Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa
Po pierwsze, otrzymałam registreringsbevis, na którym stoi jak byk, że mam prawo mieszkać w Norwegii przez czas nieokreślony. Przed wizytą na policji zarejestrowałam się on-line na stronie UDI. Potem umówiłam telefonicznie na spotkanie. Już na miejscu, na policji, zamurowało mnie, gdy okazało się, że nie muszę czekać, aż registrerinsbevis dotrze do mnie pocztą , bo dostałam go od ręki. Renifer na początku swojej norweskiej przygody miał bardziej pod górkę. Sprawa poszła oczywiście tak gładko, bo zarejestrowano mnie jako żonę osoby mieszkającej już w Norwegii.
W drodze na policję trochę pobłądziłam i złapała mnie ulewa. Przemoczone dżinsy zesztywniały na wietrze. A mnie po wizycie na policji czekało jeszcze spotkanie w szkole językowej i test z norweskiego. Dobrze,że miałam przy sobie portfel i trochę więcej gotówki. Musiałam kupić nieprzemakalne spodnie (tutaj znajdziesz ich hurtowe ilości w sklepach).
W szkole, a w zasadzie centrum kształcenia dla dorosłych (Voksenopplæringssenter) pani, z którą miałam umówione spotkanie, po krótkiej rozmowie zaprowadziła mnie do gabinetu rektora (rektorem Norwedzy zwą dyrektora szkoły) i wręczywszy test, dwa ołówki i gumkę, wyszła, życząc : „lykke til”.
Kolejny krok to wizyta w Skatteetaten (urząd podatkowy) w celu otrzymania numeru personalnego (odpowiednik naszego PESEL).
I na tym formalności związane z zalegalizowaniem mojego pobytu w Norwegii zakończono.
Aha, załatwiłam jeszcze bilet – elektroniczną kartę do autobusu, coś na wzór urbancard we Wrocławiu.
Na naprędce zrobionym zdjęciu (na karcie musi być fotka) wyglądam jak bandyta, ale to już inna para kaloszy. O właśnie, à propos kaloszy, to muszę koniecznie jakieś kupić. Jak to Renifer powiedział, „takie bardziej eleganckie”. Dla mnie "eleganckie kalosze" to oksymoron, ale wiem, co Renifer miał na myśli (czytaj: nie takie do obory). W Polsce była to chyba przejściowa moda (może jest nadal, kiepska jestem w tych modowych tematach), tutaj to chleb powszedni. Szkoda tylko, że nie można założyć kaloszy naszemu psu. Ale w końcu jemu też się coś od życia należy.
Odrobina norweskiego:
po norwesku: Lykke til!
po polsku: Powodzenia!
Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa
środa, 5 października 2011
(27) Pies osiedla się w Norwegii (i całe wokół tego zamieszanie)
Do naszego nowego domu dotarliśmy szczęśliwi i wykończeni. Najlepiej podróż zniósł psiak - spał niemal całą drogę albo wpatrywał się w Renifera jak w obrazek.
Dla tych, którzy planują taką wyprawę z psem, poniżej instrukcja, jak to zrobić zgodnie z literą prawa (może się komuś przyda):
1. zaczipowanie psiaka,
2. szczepienie przeciw wściekliźnie,
3. badanie poziomu przeciwciał neutralizujących wirus wścieklizny - krew pobiera się po upływie co najmniej 120 dni od szczepienia przeciw wściekliźnie, próbkę lekarz wysyła kurierem do Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach,
4. otrzymanie wyniku badania:
opcja pierwsza: jeśli wynik jest poniżej 0,5 IU/ml , należy psa ponownie zaszczepić i po kolejnych 120 dniach posłac próbkę krwi do Puław,
opcja druga (optymistyczna): jeśli wynik jest powyżej 0,5 IU/ml, patrz niżej:
4. wystawienie paszportu psu,
5. podanie środka przeciw pasożytom maksymalnie 10 dni przed wyjazdem z kraju (potwierdzone wpisem przez weterynarza),
6. zbadanie psa przed wyjazdem (wymagany wpis w paszporcie, że pies jest w stanie znieść trudy podróży),
7. ponowne podanie tabletek przeciw pasożytom najpóźniej 7 dni po przyjeździe do Norwegii (to ostatnie musi być potwierdzone pieczątką norweskiego weterynarza).
Od tej pory, jeśli pilnujesz terminów szczepień, możesz wędrować z psem po całej Europie, jak długo zechcesz. My na razie przemierzamy trasę wzdłuż fiordu - mamy go tuż za oknem. W psie obudziły się wikingowskie instynkty i ciągnie go do wody. A gdy nie może wyjść, to smętnie spogląda za okno. Widok zależny od pory dnia i aury, ale to już nasz-widok-z-okna.
Nasz.
Psiak jest już po pierwszej wizycie w Dyreklinikk.
Rozbroiła nas pieczątka pani weterynarz: dane kliniki a obok dwie głowy - psia i kocia, a między nimi serce. Taki sobie norweski klimacik.
Odrobina norweskiego:
po norwesku: dyreklinikk
po polsku: klinika dla zwierząt
Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa
czwartek, 15 września 2011
(24) W zawieszeniu
Przede mną - największy z dotychczasowych - życiowy zakręt.
Od 1 września nie pracuję. Zamykam różne polskie tematy i czekam.
Za kilkanaście dni Renifer powiezie mnie ... nie, nie windą do nieba, ale prawie do nieba. Taki przynajmniej jest plan.
Mam nieodparte ważenie, że dyndam w niebycie. Tu już nie czuję się u siebie, tam jeszcze mnie nie ma.
Po przyjeździe "parę spraw" do załatwienia, a wśród nich, bagatela: zdanie egzaminu z norweskiego i znalezienie pracy.
Chciałoby się powiedzieć: nie takie rzeczy za nami.
Ale gdzieś drąży tunelik to pierońskie: uda się, nie uda się, uda się, nie uda się... A co, jak się nie uda?
Najlepszy jest Reniferowy Pies, który, nieświadomy tego, co przed nim , leje na wszystko z wyżyn swego majestatu. Gdyby wiedział, ile zamieszania było z załatwieniem spraw związanych z legalnym przewiezieniem go do Norwegii - posyłanie próbki krwi kurierem do Puław, załatwianie psiego paszportu. Już go widzę, jak pomyka wzdłuż fiordu i w nosie ma fakt, że błoto, które naniesie do chałupy, sprzątać będę ja. Viva pieskie życie!
Wnoszę o natychmiastowe mnie odwieszenie!
Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa
Od 1 września nie pracuję. Zamykam różne polskie tematy i czekam.
Za kilkanaście dni Renifer powiezie mnie ... nie, nie windą do nieba, ale prawie do nieba. Taki przynajmniej jest plan.
Mam nieodparte ważenie, że dyndam w niebycie. Tu już nie czuję się u siebie, tam jeszcze mnie nie ma.
Po przyjeździe "parę spraw" do załatwienia, a wśród nich, bagatela: zdanie egzaminu z norweskiego i znalezienie pracy.
Chciałoby się powiedzieć: nie takie rzeczy za nami.
Ale gdzieś drąży tunelik to pierońskie: uda się, nie uda się, uda się, nie uda się... A co, jak się nie uda?
Najlepszy jest Reniferowy Pies, który, nieświadomy tego, co przed nim , leje na wszystko z wyżyn swego majestatu. Gdyby wiedział, ile zamieszania było z załatwieniem spraw związanych z legalnym przewiezieniem go do Norwegii - posyłanie próbki krwi kurierem do Puław, załatwianie psiego paszportu. Już go widzę, jak pomyka wzdłuż fiordu i w nosie ma fakt, że błoto, które naniesie do chałupy, sprzątać będę ja. Viva pieskie życie!
Wnoszę o natychmiastowe mnie odwieszenie!
Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)











