brattvaag

brattvaag

KIM JEST RENIFEROWA?

Mieszkam na wyspie. Bywa, że woda leje się z nieba, deszcz pada poziomo, a wiatr chce urwać głowę. Ale gdy wyjdzie słońce, woda w fiordzie zaczyna mienić się kolorami, czas staje w miejscu. Tu w pełni czuję, że JESTEM. W Norwegii bywałam wcześniej jako turystka, od jesieni 2011 tu jest mój dom.

Na blogu piszę o godnych odwiedzenia zakątkach Norwegii - także tych mniej znanych. Blog to także skrawki naszego emigracyjnego życia. To zapiski przede wszystkim dla naszych dzieci. Ale nie tylko.

Zapraszam!

Reniferowa

środa, 23 lutego 2011

(15) Zimowy spacer po Ålesund


Ostatni dzień pobytu w krainie fiordów tej zimy. Renifer wędruje do pracy, a ja wybieram się na długi, czterogodzinny spacer po mieście. Lato czy zima, jeszcze nie widziałam Ålesund  w deszczu. Dzisiaj też skąpane jest w słońcu. 
 

Z dedykacją dla Renifera

Miasto jest nierozłącznie związane z rybołówstwem, uznawane jest za jego norweskie centrum. Spacerując wzdłuż portu, możesz kupić wprost z kutra pachnące morzem ryby. Stoję przy łodzi i pytam rybaków, czy mogę uwiecznić na fotce ich wędkarskie trofea.

Ponieważ ryby są olbrzymie, pytam, czy nie znalazłaby się  jakaś mniejsza rybka, którą  można by położyć obok, dla oddania wielkości tych olbrzymów.  Starszy z nich  chyba nie bardzo rozumie, o czym mówię, ale młodszy (pewnie syn) wyjaśnia mu, o co chodzi. Po chwili przynosi sporego ,jak dla mnie, dorsza, który przy tych gigantach zdaje się malutką płotką. Robię jedno zdjęcie, drugie , trzecie (słońce trochę przeszkadza w fotografowaniu, bo chce świecić prosto w obiektyw) i nagle uświadamiam sobie, że nie jestem już przy kutrze sama. Spoglądam za siebie, a tam gromada Japończyków stoi i w najlepsze fotografuje „moje ryby”! Oni także postanowili przywieźć z Norwegii taką fotograficzną zdobycz. Renifer mówi, że widok kutrów stojących przy nabrzeżu to codzienność. Szkoda, że nie da się uwiecznić tej mieszaniny zapachów, która też robi swoje, tworząc aurę tego miejsca.

Na chwilę siadam na ławce i przyglądam się nielicznym przechodzącym (latem turystów jest zdecydowanie więcej, ale tez nie są to tłumy). Nie mogę jednak siedzieć zbyt długo. Mimo słońca i dodatniej temperatury zaczynam odczuwać dotkliwy chłód. Chowam ręce w kieszeniach i ruszam dalej. Po kilku minutach zbliżam się do miejsca, gdzie na pasażerów czeka tzw. fast boat Tideekspress, piękny katamaran, który potrafi pruć z prędkością o wiele większą niż normalny prom.
 Sięgam do torebki po aparat i.... serce zaczyna mi walić. Aparatu nie ma...
Po kilku minutach udaje mi się jednak uwiecznić ten katamaran na zdjęciu. Wracam bowiem do miejsca, w którym siedziałam wcześniej i na ławce obok dwojga staruszków odnajduję swój aparat i rękawiczki. Z wrażenia muszę usiąść na chwilę. I naprawdę nie czuję już chłodu od morza! Widać, emocje zrobiły swoje i zadziałały jak osobisty piecyk.




Teraz spaceruję uliczkami wokół portu. Styl secesyjny, w jakim odbudowano miasto po pożarze w 1904 roku, nosił różne nazwy w różnych krajach. W Polsce nazywano go po prostu: secesja, we Francji: Art Nouveau, w Skandynawii: Jugendstil. Przyglądam się licznym zdobieniom na fasadach budynków.Mają różne kształty, sporo tu ornamentów w postaci liści, owoców.

Część domów ma kunsztownie wykonane balustrady, balkoniki, wieżyczki. W wielu z nich nawet klamki są prawdziwymi małymi cudami. Urzeka mnie ta staranność o każdy detal, bo to właśnie takie drobiazgi dopełniają dzieła.





Jugendstil senteret










W drodze powrotnej zatrzymuję się kilka razy, robię zdjęcia domów pięknie wkomponowanych w  górski krajobraz.




 

Wiem, że jutro będę patrzeć na te góry z okna samolotu. 
Ha det bra, Ålesund ... og vi sees!

Odrobina norweskiego na co dzień:
po norwesku:  Vi sees!
po polsku:      Do zobaczenia!


Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

poniedziałek, 21 lutego 2011

(14) Norweska terapia - zima 2011

Ferie na półmetku. Kiedyś powiedziałabym: szklanka jest do połowy pusta, dziś mówię, że jest w połowie pełna. Tak właśnie działa norweska terapia. Zachowam do lata obrazy, które otaczają mnie teraz. Wciąż trudno uwierzyć, że wkrótce staną się one moją codziennością.
Wpis zakończę kilkoma zdjęciami  z naszej wyprawy po okolicznych wyspach.
Giske kommune
Zostawić po sobie ślad
Patrząc w stronę Ålesund

Cud, Renifer pozwolił się sfotografować.
Terapia słońcem, miejscem, chwilą



Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

(13) Ålesund słońcem malowane czyli wyprawa na Akslę

Na kilkanaście dni udało mi się uciec z tego naszego buzującego kociołka. Niestety, co spojrzę w  rodzimą tv, z troską obserwuję, jak temperatura w kotle rośnie. A ogień podkładają i ręce zacierają ci, którzy mienią się reprezentantami narodu. Tutaj w Norwegii debata (jakże modne ostatnio słowo) jest debatą, a nie wylewaniem pomyj ku uciesze gawiedzi. Wniosek na przyszłość: mniej wiadomości w tv, więcej muzyki, a będę zdrowsza. Żeby nie wyszło, że wiedziemy tu dolce vita, muszę przyznać, że ostatnio zdarzyło nam się poznać  nieuczciwego Norwega. Dotychczas wyrażenie  "nieuczciwy Norweg" brzmiało dla mnie jak oksymoron, czyli słowa te pasowały do siebie jak kwiatek do kożucha. Żeby nie było nam zatem  tak słodko, los  dołożył tę łyżkę dziegciu do garnca miodu. Ciekawe doświadczenie.
Do Oslo leciałam 10 lutego. Tym samym rejsem podróżował sportowiec najwyższych lotów (stosowniej byłoby powiedzieć: najdalszych skoków).  Uderzyła mnie niezwykła skromość tego wielkiego, choć skromnej postury, człowieka. Dla światowych bywalców to może pestka, dla mnie , prowincjuszki, to wydarzenie. Leciałam z Adamem Małyszem!


 Po raz kolejny przywiozłam do Norwegii piękną pogodę. Śmiejemy się z Reniferem, że niedługo  na www.yr.no  (norweski portal pogodowy) będą prognozy według grafiku moich lotów ustawiać. Dodatnie temperatury, brak opadów i niemal każdego dnia słońce. Gdy patrzę z okna na ośnieżone szczyty, muszę przyznać, że tego cukru pudru do lukrowania gór Norwegom nie brakuje. Gdy polscy znajomi załamują ręce, że tak spieszno mi do tej krainy wiecznego lodu, trudno ich przekonać, że tu na wybrzeżu dzięki zbawiennemu działaniu ciepłych prądów temperatury są zdecydowanie wyższe i klimat łagodniejszy niż w centralnej czy północnej części kraju. Przykład z dzisiejszego dnia: Oslo minus osiem stopni, Ålesund  plus 3 stopnie, południowa Polska minus 8 stopni.
Dzisiaj, korzystając z uroków aury, większość dnia spędziliśmy poza domem.
Wybraliśmy się na Aksla Fjellstua, położony na wysokości  130 metrów nad poziomem morza taras widokowy, z którego podziwiać można panoramę miasta.




 

Pozdrawiamy z Aksla Fjellstua!










 Ålesund to duże miasto, jeśli patrzeć z norweskiej perspektywy. Zamieszkuje je okolo czterdziestu tysięcy mieszkańców, co plasuje je na jedenastej pozycji  listy największych norweskich miast.  Jego obecny wizerunek wiąże się z tragicznymi wydarzeniami  1904 roku, gdy osadę doszczętnie strawił pożar.  Cesarz Wilhelm II, zauroczony  pięknem okolicy  (bywał tu latem) i poruszony tragedią mieszańców posłał niezwłocznie statkami materiały budowlane. Miasto odbudowano w secesyjnym stylu. Gdy wędrujesz uliczkami w centrum,  mijasz mozaikę barwnych kamieniczek, masz wrażenie, jakbyś znalazł się w jakiejś bajkowej krainie . Ta secesyjna perła otoczona jest teraz nowoczesną architekturą i razem tworzą kompozycję, która zapada w pamięć i serce każdego odwiedzającego to miejsce. 


Pierwszy raz wchodziliśmy na  Aksla Fjellstua latem 2009 roku, były  wtedy z nami Reniferowe Dzieci. Obyśmy w tym składzie mogli się wdrapać tam jeszcze wiele razy! To chyba najpopularniejsze miejsce w mieście, nie tylko dla turystów, ale też dla jego mieszkańców, którzy pokonują 418 schodów prowadzących na wzniesienie Aksla w ramach poobiedniego spaceru. Kilkuletnie dzieci śmigają na górę jak młode kozice. Na tych, którzy muszą w drodze złapać oddech i odpocząć, czekają w kilkunastu miejscach ławeczki (kilka takich dzisiaj zagrzałam).
Gdy wchodziliśmy na górę, nie opuszczała mnie jedna myśl: kto raz pokona tych 418 schodów i spojrzy na to miasto z wysokości Fjellstua, zakochany jest w nim po uszy!


Odrobina norweskiego na co dzień:
po norwesku:   fjell
po polsku:       góra
po norwesku:   stua
po polsku:       salon (pokój dzienny, najczęściej z wyjściem na taras)
po norwesku:  FJELLSTUA
po polsku:     i tu kłopot, jak to przetłumaczyć, proponuję : SALON NA GÓRZE CZYLI W CHMURACH:)



 



Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

niedziela, 6 lutego 2011

(12) Miało być o Oslo, a jest o russetida!

Dzień jest gorący. Nie zważamy na doskwierający upał i maszerujemy na pólnoc, w stronę parku. Po drodze mijamy ulicę dla tych, którzy chcą pozostać anonimowi – Incognitogaten. 
Inkognitogaten - ulica Inkognito

Naszą uwagę przykuwa też russeservice i stojący przed nim samochód. O kulturze russów i czasie russów (russetida) po raz pierwszy usłyszałam od Bjørg, która przez kilka tygodni uczyła mnie norweskiego na kursie intensywnym. Otóż norwescy absolwenci szkół średnich in spe wiosnę poprzedzającą końcowe egzaminy spędzają w szczególny sposób. 

Na czas russów mozna się przygotować, kupując ekwipunek w takim sklepie.

Dla wielu z nich to kilkutygodniowy czas zabawy, młodzieńczych szaleństw. Ten czas planuje się dużo wcześniej, a rodzice muszą liczyć się z poważnymi wydatkami. To nie nasza studniówka – jeden wieczór i koniec na tym. Tam to trwające wiele dni zabawy przy głośnej muzyce, przejażdżki specjalnie do tego przygotowanymi samochodami i robienie psikusów (szczególnie nauczycielom, dla których przetrwanie tego czasu to prawdziwy survival).



Gdy zbliża się russetida zaczyna się ruch w interesie – wielu uczniów kupuje pomalowane na czerwono samochody ozdobione napisami często niewybrednej treści. Te samochody  znajdą oczywiście w następnym roku nowych, spragnionych rozrywki właścicieli. To , czego doświadczają russowie, nazwać można hedonizmem najwyższych lotów! Niektóre z tych aut to jeżdżące dyskoteki z full wyposażeniem i wystrojem. W NRK widzieliśmy relacje z takich przejażdżek. Niektórzy rodzice wynajmują  nawet szoferów, którzy bezpiecznie wożą młodych, celebrujących ten czas.

17 maja 2010


Russebilen - auto russów

Będąc w tym czasie w Norwegii , bez problemu poznasz russa, przede wszystkim po stroju. Są to najczęściej czerwone, rzadziej niebieskie ubrania w fikuśnych wzorach. Z byciem russem wiąże się konieczność wypełnienia specjalnych zadań, których realizacja jest zwieńczona otrzymaniem specjalnego potwierdzenia. Bardzo popularne są węzełki wiązane na specjalnej antence na czapce, czyli, jak zwali to nasi przodkowie (bez śmiechu proszę) kikuciku. Wykonasz zadanie, nowy węzeł pojawia się na twojej czapce.  Oczywiście im więcej takich dowodów, tym wyżej jesteś w russowej hierarchii. Jeśli chodzi o zadania, to inwencja młodych jest imponująca. Masz na przykład nie spać przez kilka dni, zjeść potrawę o "zaskakującym" smaku i trudnej do określenia konsystencji, pocałować wybraną znaną osobę (aktora, policjanta, nauczyciela, polityka), wykąpać się w morzu (a woda w morzu w maju jest lodowata), wdrapać się na szczyt jakiejś wysokiej budowli, np. latarni (ale nie po schodach). Generalnie, im zadanie jest trudniejsze (zwłaszcza, gdy wiąże się z dużym ryzykiem), tym większy zachwyt w oczach rówieśników. Oczywiście russowie tworzą barwną grupę w pochodzie 17 maja, gdy cała Norwegia świętuje rocznicę uchwalenia konstytucji.

W pochodzie 17 maja

Aż trudno uwierzyć, że te beztroskie zabawy odbywają się  w czasie, gdy trzeba się przygotowywać do egzaminów.
Kilka dni po tym, jak Bjørg opowiadała nam o wybrykach russów, dane nam było doświadczyć tego fenomenu na własnej skórze. Renifer mieszkał wtedy w domu szeregowym (tzw. rekkehuset) składającym się z trzech modułów. Obok mieszkało norweskie małżeństwo, a sąsiad był nauczycielem. Budzę się w środku pewnej majowej nocy, leżę obok Renifera i zastanawiam się, czy to, co słyszę, to może jeszcze jakieś mary senne. Za chwilę okazuje się, że nie. Renifer wierci się, otwiera oczy, a do mnie z każdym rozbrzmiewającym na zewnątrz dźwiękiem dociera, że oto stajemy się mimowilnymi uczestnikami russowego świętowania. To grupa młodych ludzi przyjechała „pozdrowić” swego nauczyciela. I trzeba przyznać, że nie brakuje im determinacji. Krzyczą, śpiewają i dmuchają w trąbki wydające dźwięki o wysokich, świdrujących tonach. Zwyczajem jest, że nie odjadą, dopóki nie wyjdzie do nich nieszczęsny belfer. Edel (kolejna wspaniała norweska nauczycielka) opowiadała nam później, że mieli kiedyś z mężem w zwyczaju zapraszać takich nieplanowanych nocnych gości do domu, a ich wizytę wieńczyło wspólne śniadanie.
Cóż, miało być o Parku Vigelanda, a tu taka megadygresja o czasie russów się zrobiła.
Zatem o parku w którymś z kolejnych wpisów.

Odrobina norweskiego na co dzień
po norwesku: Ungdom, det er først og fremst hormonenes overmakt over argumentene.
(David Frost)

po polsku:    Młodość to przede wszystkim przewaga hormonów nad argumentami.


Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

niedziela, 16 stycznia 2011

(11) OSLO Karl Johan gate

Karl Johan gate to najbardziej znana ulica Oslo. Prowadzi od Zamku Królewskiego (Slottet) do Dworca Kolejowego (Jernbanestasjon). Położone są przy niej liczne zabytki, a wśród nich: norweski parlament ( Stortinget), Galeria Narodowa (Nasjonalgalleriet), Uniwersytet (Universitetet). Wędrując ulicą Karla Johana, chłoniemy  panującą tu atmosferę. Idziemy powoli, zatrzymujemy się co jakiś czas, żeby nasysić się tym niespiesznym celebrowaniem chwili. Wielokrotnie mijamy osoby odpoczywające na ławeczkach. Jest ciepły lipcowy dzień, więc widok leżących wprost na trawie ludzi nas nie dziwi, nawet gdy leżą tuż przy gmachu norweskiego parlamenu.

Stortinget (parlament) w Oslo

Kierujemy się w stronę Zamku Królewskiego. Po drodze zatrzymujemy się przy fontannie, chłodzimy się przy niej (powiedzieć, że dzień jest ciepły, to byłby eufemizm) i zajadamy winogrona.

Chłodu, chłodu!

Fontanna leży w połowie drogi, jaką trzeba pokonać spod parlamentu do zamku. W odległości kilkudziesięciu metrów dostrzegamy  siedzibę popularnej norweskiej gazety Aftenposten. Norweskiemu ulubowaniu prasy należy się oddzielny wpis. Pojawi się wkrótce. 
Teraz kierujemy się w stronę zamku. Widać go z daleka. 





Slottet - Zamek Królewski w Oslo
Na miejscu możemy pospacerować pod najsłynniejszym norweskim balkonem. Dotychczas znaliśmy go tylko z telewizji.

Slottet - Zamek Królewski w Oslo

Norwedzy darzą rodzinę królewską szczególnym szacunkiem.
I to właśnie z tego balkonu w czasie obchodów święta narodowego 17 maja (rocznica uchwalenia konstytucji) monarsza rodzina pozdrawia wędrujący barwny tłum świętujących Norwegów. A oni, ubrani w kolorowe, zróżnicowane regionalnie stroje  naprawdę się cieszą, pozdrawiają wzajemnie, wyrażają dumę z przynależności do tej grupy. Taki tradycyjny norweski strój nazywa się bunad i wszyscy bez względu na wiek ubierają go nie tylko w dniach szczególnie ważnych dla kraju, ale także przy okazji różnych rodzinnych uroczystości czy ważniejszych imprez firmowych. Na zdjęciach wodowania statku przysłanych parę lat temu przez Renifera po raz pierwszy widziałam ludzi w takich regionalnych strojach. W Polsce takie przywiązanie do tradycyjnego ubioru widzieliśmy kiedyś na Kurpiach, gdzie kobiety maszerowały w niedzielę do kościoła  w haftowanych koszulach i pasiastych spódnicach.
Niemal cały maj 2010 roku spędziłam u Renifera, więc mogłam obserwować radosną atmosferę tego dnia. Relacja z tego święta pojawi się w przyszłości jako oddzielny wpis. 
Na wielkim placu przed  zamkiem stoi  majestatyczny pomnik Karola Jana III.

Pomnik Karola Jana III

 Tu Renifer ma okazję zachować się po rycersku. Pomaga bowiem turystce usiłującej, stojąc na jednej nodze, uwiecznić na zdjęciu wizerunek monarchy. Kule, którymi się powinna podpierać, leżą obok. Gdyby nie Renifer, skończyłoby się to dla niej chyba gipsem na drugiej nodze. Analogia do Danuśki i ratującego ją Zbyszka nieunikniona. Na szczęście obyło się bez ślubowania. Pani pokuśtykała w jedną, my w drugą stronę. 
Spacerkiem okrążamy zamek i zatrzymujemy się na chwilę w zamkowym parku. Jest  on naprawdę niewielki. Tu też gdzieniegdzie wylegują się spragnieni błogiego leniuchowania. 

Slottsparken - park zamkowy Oslo

Sami także byśmy się położyli, ale coś nas gna przed siebie. A konkretnie gna nas myśl o Parku Vigelanda (Vigelandsparken), od którego dzieli nas kilkunastominutowy spacer.

Wartę czas zakończyć i do Parku Vigelanda marsz!
Kierujemy się w stronę bramy w północnej części parku.  Stąd  z planem Oslo w ręku rozpoczynamy spacer ulicami, które doprowadzą nas do jednego z najbardziej charakterystycznych i wyjątkowych miejsc Oslo:  Parku Vigelanda.
Ale o nim w następnym wpisie.




Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

(10) OSLO Nationaltheater i dygresja o projekcie "Strefa: Norwegia" - lato 2010

Na dłuższą chwilę zatrzymujemy się przy gmachu Teatru Narodowego (Nationaltheater).

Renifer przed Nationaltheater w Oslo (lato 2010)

Na fasadzie dostrzegamy nazwiska najwybitniejszych norweskich dramatopisarzy: Henryka Ibsena, Ludviga Holberga i Bjørnstjerne Bjørnsona. 

Nationaltheater w Oslo
Do tej trójki warto dodać Ole Bulla, który utworzył pierwszą scenę narodową (Det norske Teater powstały w 1850 roku).
Bjørnson znany jest też każdemu Norwegowi jako autor słów hymnu narodowego „Ja, vi elsker dette landet” ("Tak, kochamy ten kraj"). Jet też lauretaem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.
     
 
Posłuchaj: "Ja, vi elsker dette landet"
Źródło: http://www.youtube.com 
A teraz mała dygresja na temat wspólnego przedsięwzięcia artystycznego polskich i norweskich twórców. W 2009 i 2010 roku Wrocławski Teatr Polski realizował we współpracy z Grusomhetens Teater z Oslo projekt “Strefa: Norwegia”. Efektem był cykl wydarzeń artystycznych, na które składały się spektakle, projekcje filmów, czytanie dzieł norweskich. Zorganizowano także wykłady popularyzujące kulturę norweską. Widziałam dwa festiwalowe spektakle (oba autorstwa Ibsena): “Górskiego ptaka” w reżyserii Larsa Øyno z Grusomhetens Teater i “Panią z morza”, którą reżyserował norweski reżyser pochodzenia polskiego Piotr Chołodziński. Na "Górskiego ptaka" o mały włos nie dotarłabym z powodu korków (chcielibyście widzieć mój galop, gdy wyskoczyłam z samochodu i pognałam w stronę Sceny na Świebodzkim).  Zdążyłam - zasapana. Ale   wypieki na twarzy były nie tylko efektem tej "gonitwy ku kulturze", spektakl był naprawdę niezwykły. Bardzo cieszyłam się na prezentację norweskich filmów. Filmy krótkometrażowe były rewelacyjne. Natomiast projekcja dwu długometrażowych obrazów ("En folkefiende" na podstawie dramatu Ibsena "Wróg ludu" w reżyserii Erika Skjoldbjærg oraz "Kautokeino" w reżyserii Nilsa Gaupa) okazała się kompletnym niewypałem. Otóż napisy były niezsynchronizowane ze ścieżką dźwiękową, co sprawiło, że w trakcie projekcji widownia wybuchała gromkim śmiechem w miejscach naprawdę mało zabawnych. Tak się wielokrotnie zdarzało, że wymowa sceny absolutnie "nie grała" z pojawiającymi się w dole ekranu napisami. Przyznam, że wielokrotnie sama śmiałam się do łez, po prostu ta kombinacja obrazów na ekranie i napisów była chwilami jak prawdziwa mieszanka wybuchowa - i do wybuchów śmiechu prowadziła. Efekt był taki, że wiele osób opuściło widownię Teatru Polskiego przed zakończeniem projekcji. Jakże było mi wstyd przed norweskimi gośćmi, którzy pojawili się na festiwalu. Mam nadzieję, że organizatorzy wyjaśnili im, że te salwy śmiechu w najmniej stosownych momentach to wynik "napisowej katastrofy" (inaczej tego nie nazwę) a nie przejaw niewrażliwości i braku kultury polskich widzów. A jeśli do wyjaśnienia tej "śmiechowej zagadki" nie doszło, to niniejszym: BEKLAGER!
Odrobina norweskiego na co dzień po norwesku:  Beklager! po polsku:      Przepraszam!
Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

(9) OSLO Deichmanske Biblitek - lato 2010

Nasza pierwsza wizyta w Oslo, choć niedługa, zasługuje na kilka wpisów.
Zwiedzanie miasta poprzedziło poszukiwanie miejsca dla naszego auta. Ostatecznie decydujemy się na wielopoziomowy parking w samym centrum. Miasto okazuje się bardzo kameralne, wielokrotnie mam uczucie, jakbym znajdowała się w miejscu, które „nas lubi”. Atmosfera Oslo absolutnie nie przypomina tej panującej w innych europejskich metropoliach. Piękna architektura, mnóstwo zieleni i ten spokój... 
Deichmanske bibliotek (lipiec 2010)
 W drodze ku Karl Johans gate mijamy Deichmanske Bibliotek. Jest to miejska biblioteka Oslo, największa norweska biblioteka publiczna. Jest też jedną z najstarszych norweskich placówek tego typu. Jej zbiory zapoczątkował w XVIII Carl Deichman. Biblioteka ma spory dział literatury zagranicznej: Det flerspråklige bibliotek (tzw. DFB). Znajdziemy tu także wydawnictwa w języku polskim: książki, podręczniki, filmy i płyty CD. Udostępnia ona swoje zbiory także mieszkańcom innych części Norwegii - za pośrednictwem sporej sieci bibliotek lokalnych. Biblioteka, z której książki i filmy wypożycza Renifer, ma także spory dział obcojęzyczny. To jest chyba tutaj normą. Kiedyś, będąc z Reniferem w "jego" bibliotece, zapytaliśmy o słownik obrazkowy. Niestety, nie mieli takiego w swoich zbiorach (na półce stał jedynie słownik obrazkowy dla dzieci, nam chodziło o taki dla dorosłych). Jakie było nasze zdumienie, gdy po dwóch tygodniach uśmiechnięty David (kierownik biblioteki) wręczył nam świeżo zakupiony słownik. Norwedzy potrafią okazać sympatię ludziom, którzy starają się nauczyć ich języka.


Pozdrawiam!
Ha det bra!
Reniferowa

środa, 5 stycznia 2011

V ETAP - Lindesnes - Mandal - Kristiansand lato 2010

 
W wyprawie mamy za wiernego towarzysza radio NRK. Można powiedzieć, że los nam sprzyja, wyposażając nas na całą podróż w taki swego rodzaju wakacyjny pakiet : słońce, piękne widoki i wakacyjne przeboje.  Wśród nich utwór "Sol" ("Słońce") zespołu Strikk. Piosenka była wielkim hitem lata 1980 roku i z biegiem lat  nie straciła na popularności . Słowa znamy już niemal na pamięć, więc chwilami ryczymy oboje, jak na renifery przystało (a czy renifery w ogóle ryczą?).

 
Posłuchaj: Strikk "Sol"
Źródło: http://www.youtube.com/


Źródło: NAF Veibok
W refrenie piosenki pojawiają się miejsca położone na skrajnych częściach Norwegii: Lindesnes na południu, Hammerfest na północy. I właśnie teraz zmierzamy w kierunku latarni Lindesnes, która jest najstarszą tego typu budowlą w Norwegii, a smaczku dodaje fakt, że leży na najbardziej na południe położonym skrawku norweskiego lądu. 



W oddali latarnia Lindesnes - Lindesnes fyr (lato 2010)
Gdy zbliżamy się do rozległego parkingu, już z daleka widzę mnóstwo aut i mężczyzn w uniformach, kierujących ruchem. Jestem w prawdziwym szoku, bo takiego tłumu nie widziałam na żadnym norweskim parkingu. Czyżby to miejsce było faktycznie tak licznie odwiedzane przez turystów? Udaje nam się zaparkować i wędrujemy w kierunku latarni. Obserwując tłum ludzi, mówię do Renifera: „Coś tu nie gra!” A za chwilę okaże się, że gra! A w zasadzie zaraz będzie grać!
Okazuje się bowiem, że właśnie trwają przygotowania do koncertu, a te tłumy ludzi to spragnieni sztuki melomani. Na koncert się już nie dostaniemy, można tylko zwiedzić wystawę w dolnej części latarnianego muzeum, a o wdrapaniu się na latarnię nie ma mowy. 
Szczyt latarni Lindesnes, w pełnej okazałości obejrzymy ją następnym razem (lato 2010)
 
Zatem wyruszamy dalej. Kierujemy się na wschód w stronę Mandal. Wiemy, że południowe wybrzeże nazywane jest norweską Florydą i właśnie w Mandal znajduje się najpiękniejsza norweska plaża – Sjøsanden.

Renifer jeszcze obuty;)


Najpiękniejsza norweska plaża - Sjøsanden  (lato 2010)
Na północ też kiedyś dotrzemy


Miejsce jest faktycznie piękne, ale w porównaniu z fiordami, górami, skalistymi stokami, zatokami, które wcześniej mijaliśmy, nie robi na nas wielkiego wrażenia. Dla Norwegów chyba już sam fakt, że plaża jest piaszczysta, decyduje o uroku miejsca. W końcu taki żółciutki piasek to nieczęsty tutaj widok. Ochłodziło się, na plaży spotykamy tylko młode małżeństwo z dwójką kilkuletnich dzieci. Maluchy pluskają się w wodzie, która jest tak zimna, że nie decyduję się na zmoczenie sobie nóg (natomiast Renifer jako zdecydowanie zimnolubna istota gania na bosaka). Na kamienistym cyplu spotykamy jeszcze mężczyznę z dwójką dzieci.
Rodzinne wędkowanie  (lato 2010)

Przyszli na ryby. Zawsze z podziwem patrzę na takie rodzinne wędkowanie. Tak niewiele potrzeba: cisza, wiatr na twarzy i to drżenie wędki, które zwiastuje udany połów. To drżenie ma różne stopnie, od lekkiego łopotu, gdy ryba jest malutka (wtedy trafia wdzięczna z powrotem do wody) aż do prawdziwego łomotania, gdy już wiesz, że zaraz podholujesz do brzegu niezły okaz. A jakie to emocje! Zawsze wydawało mi się, że wędkarstwo to okropne nudy. I tu życie znowu zweryfikowało moją ocenę, bo sama złapałam wędkarskiego bakcyla, który, jak na razie, nie odpuszcza!

Granica: elv - sjø  (rzeka - morze) 

W Norwegii, jeśli łowisz ryby w fiordzie czy z łodzi na morzu, nie potrzebujesz  pozwolenia. Wymagane jest ono jedynie do połowu w jeziorach oraz w innych, specjalnie oznaczonych miejscach, gdzie na przykład można łowić łososie.

Kierujemy się w stronę Kristiansand. To wyjątkowe dla nas miejsce, bo właśnie tam siedem lat temu po raz pierwszy postawiliśmy stopy na norweskiej ziemi. Jechaliśmy autem przez Niemcy i Danię, a na norweski ląd dotarliśmy tzw. szybkim promem linii Color Line (z Hirtshals do Kristiansand).
Terminal promowy w Kristiansand
Dokładnie w tym miejscu stawialiśmy swoje pierwsze kroki w Norwegii. Teraz miasto wita nas typową norweską pogodą (trochę słońca, trochę deszczu), więc po krótkim spacerze znanymi sprzed lat uliczkami udajemy się w dalszą podróż. Kristiansand zbudowane jest z sieci przecinających się pod kątem prostym ulic, jego plan wygląda dosłownie jak kartka z zeszytu w kratkę. Przebudowa nastąpiła po wielkich pożarach, które dotkliwie doświadczyły to miasto po koniec XIX wieku. Aby uniknąć kolejnych kataklizmów, zaczęto stawiać wyłącznie murowane budowle. 
Kristiansand,w pobliskiej przystani cumowaliśmy kiedyś z Viggo

Kristiansand w pochmurny dzień   (lato 2010)
 
Do dziś wspominamy nasz pierwszy pobyt w Kristiansand, spotkanie z Viggo i ten wszechobecny spokój, o jaki trudno było w naszym zaganianym życiu. Pamiętam nasz  zachwyt tym krajem. Wtedy nawet przez myśl nam nie przeszło, że będziemy z nim wiązać na poważnie swoją przyszłość. A tu taka niespodzianka od losu! 


Uwaga! Trwają intensywne poszukiwania zdjęć z naszego pierwszego pobytu w Kristiansand. Jak się znajdą (coś mi mówi, że Renifer ma je na swoim dysku;>), to się tu pojawią.

W następnym wpisie relacja z Oslo. 
 

Odrobina norweskiego na co dzień

po norwesku: Den som er klok, lærer mye uten bok.
po polsku:     Mądry wiele uczy się bez książek.
                     (w wolnym tłumaczeniu:  
                      Wiedza wyniesiona z książek nie zastąpi nigdy życiowej mądrości.)


Pozdrawiam! 
Ha det bra!
Reniferowa